Kajakowe Eldorado

Archiwum imprez | 2007 | 2. X Nadbałtycka Wiosna | Relacja

„X  NADBAŁTYCKA  WIOSNA”

 

LItwa – Dzukija

 

2.

Rzeki: Wisińcza, Solcza, Mereczanka i Niemen od Solecznik Małych do Druskininkai

2 - 9.06.2007

prowadzący:   Jan Kramek

Część rekonesansowa

Rzeka Wisińcza.

 

 

Zielona Lietuva z wody błękitu widziana

czyli

nocy i dni iulia AD 2007 na suchopucie y kruchej łodzi kayakiem zwanej

spędzonych pod słońca gorącego copulum Odysseum

 

akuratnie i poczciwie przez Adalbertusa opisane

 

Civitas Radomiensis, A.D. 2010

 

Fotografie zamieszczone przy tej relacji są dziełem autora oraz Zbigniewa T. z Poznania, Jana K. z Warszawy, Barbary T. z Warszawy, Waldemara O. z Wołomina i  Aleksandra Ł. z Warszawy

 

2 czerwca, sobota

Jedziemy nocą z Warszawy przez pojaćwieskie tereny, śpimy albo usiłujemy spać w niewygodnych pozycjach, złożeni w scyzoryk lub w esicę. Zatrzymujemy się o świcie na parkingu nad jeziorem Gleba, które stanowi rezerwat hydrograficzny. Wilno zdobywamy o godz. 8.00. Poszukujemy intensywnie i namiętnie miejsca do zaparkowania autokaru i w końcu lądujemy pod Pałacem Sportu, gdzie obszerny parking zaprasza do pozostawienia pojazdu w towarzystwie naszego wspaniałego, acz zmęczonego kierowcy. Rozpierzchamy się, dezintegrujemy, skupiamy w grupy, rozchodzimy, spotykamy, łazimy samotnie. Wilno z rana w chłodzie, czyli survival z kurtką przeciwdeszczową w tle, aby nie dać się zimnu, wiatrowi i zniechęceniu polarnym powietrzem. A zimno jest przejmujące i z niejakimi obawami myślimy o czekającym nas spływie kajakowym w takich warunkach atmosferycznych.

Mostem przez Wilję dumnie kroczymy, a krok nasz żelazny echem się na bruku odciska. Kurcze, gdzie tu bruk, gdzie tu echo… nawet Wojski z echem, co mu grało, raczej nie zapędzał się za zwierzyną w szacowny świat mieszczańskiego Wilna. Ale, od czegóż gra imaginacji…. To działa.

Ścieżką mozolnie pod górę przez las. A las, las - wszak Wilno to duże miasto pośrodku puszczy. I dobrze, bo to tworzy niezapomnianą atmosferę, sprawia, że lżej oddychać i życie smakuje jakby ciut inaczej. Góra Trzech Krzyży, widok na miasto. Opowiadać? A da się? Zresztą po co, ci co znają, uwierzą, co którym obce są to miejsca, nie poczują bluesa. Chodźmy dalej. Nikt nie woła…

Przemykamy pod Arsenałem przy ulicy (nadal) Kościuszki, kierujemy się ku najbielszej z bieli, czyli kościołowi św. św. Piotra i Pawła. Można czytać wiele (a wybór książek na ten temat jest ogromny), można oglądać zdjęcia (od czego Internet?), ale zobaczyć wnętrze tej świątyni, to znaleźć się w innym świecie. Że niby przesada z barokowymi udziwnieniami, że niby ta słynna łódź, to cokolwiek później, że niby tarabanu nie można odnaleźć – takie są fakty. Ale warto zanurzyć się w bieli. Bo biel to spokój, a spokój to towar deficytowy. Potem już wg serca i dostępnego czasu. My idziemy na Cmentarz Bernardyński, którego mimo wielu wizyt w Wilnie nie udało mi się jeszcze zwiedzić. Dziś jest ten dzień, kiedy zamiar przekuję w czyn. Zapuszczone groby z polskimi nazwiskami ledwo widocznymi spod mchu; katakumby - rzadkie w tej części Europy, wokół cisza i smętek. Już pojawiają się nowe groby, już prochy gorsze wypierają lepsze. Jak w teorii Kopernika. Można powiedzieć: Smętek machnął ogonem, ale to już byłby plagiat. Wszelako, smutnie tu. Nie ma ludzi. Bo ci, który tu spoczywają, nie wiedzieli co czeka ich bliskich. A ich bliskim za daleko tu… oj, za daleko.

To teraz kawałek nową szosa w kierunku Rossy. Cicha uliczka, niewielki parking, przystanek autobusu miejskiego. I wszędobylskie dzieci, które próbują zarobić na tych, których uważają za bogatych wujków i ciocie. Rozumiem je, ale serce się ściska. Bo po polsku mówią, a przecież to nie jest koniec Europy, to nie jest miejsce, gdzie żebrania uczy się od dziecka. A może? A może niedoceniamy Cyganów rumuńskich, może coś ich łączy ze słowiańskimi dziećmi z ulicy Rosu w Vilniaus, Wilnie, Wilniusie?

No to cmentarz na Rossie. Nie chcę się powtarzać, opisów nie brak, i to takich, że ogon podkulam pod siebie i tylko oczyma szeroko otwartymi patrzę się na te pagóry, które moje, nie moje… nasze, nie nasze. To ważne miejsce. Z Matką i sercem Syna. I jeszcze ten Słowackiego ojczym piorunem rażony, jakby nie dość bolało. I chłopaki z wojny 1919-1920 tu sobie w ciszy odpoczywają po tej i po drugiej stronie ulicy, na Nowej już Rossie. Odwiedzajmy ich, wzruszajmy się - cieszmy się, że dane nam było się wzruszyć. Bo może po nas tylko Niagara?

Dalej, byle dalej od dusznego poczucia przemijania. Ale w tym mieście nie da się uniknąć spotkań z duchami; a może dlatego właśnie tu jesteśmy? Może dlatego właśnie nurzamy się w fantasmagoriach, Królach Duchach i wierszowanych strofach o Konradzie Wallenrodzie? Może bez tego byłoby mniej barwnie, mniej po naszemu i życie byłoby mniej zakręcone? Nie wiem.

Kościół św. Teresy, cerkiew Piatnicka, kościół św. Anny. Must see, jak mawiają ci, których miłość do Matuszki Rosji jest równie wielka, jak nasza wiara w moc sprawczą funta brytyjskiego. Allez… Katedra i ani słowa w niej w języku słowiańskim. Litewski i neutralna łacina. Ach, te marmury szwedzkie czarne w kaplicy św. Kazimierza, taki dysonans czynią. Kaplice widać zza sztab metalowych, nie wolno dziś z bliska bezkarnie patrzeć na piękno bijące z kamienia. Reglamentacja piękna, z tym też trzeba się zmierzyć.

No to na prospekt Gedymina hajda, niby deptak to, a przecież piesi nadal lękliwie w cieniach kamienic przemykają. Nie zwracają uwagi na czarne maszkary wiszące nad wejściem do teatru, nie zauważają placu łukiskiego tak ważnego dla tych, którzy mieli tę szansę i jedyne w swoim rodzaju szczęście żyć tu 70 lat wcześniej. „Zielony most”, też ciekawe miejsce, tylko skupić się trudno, samochodów moc wszelakich przemyka przez niego. Zmierzamy ku autokarowi, aczkolwiek nie taką najprostszą z prostych dróg, albowiem każdemu choć raz w życiu zdarzyło się trafić o jeden most za daleko. Co i nam w Wilnie się przytrafiło.

Ruszamy dalej i dojeżdżamy do cichej uliczki przy wieży telewizyjnej, u której stóp znajduje się skromny pomnik pamięci osób zabitych podczas ataku sowieckiego OMON-u w przededniu odzyskania niepodległości przez Litwę w 1989 r. Wjeżdżamy na górę szybko- i cichobieżną windą, a tam rozkoszujemy się panoramą miasta i okolic. Taras obserwacyjny obraca się powoli wokół osi i można nie ruszając się z miejsca oglądnąć dokładnie Wilno. Tak naprawdę, to dobrze widać tylko położone obok osiedla, bo Stare Miasto znajduje się w pewnym oddaleniu i przesłonięte jest zalesionymi wzgórzami. Tym niemniej miasto widziane z góry prezentuje się nader ciekawie. Szerokie, dwujezdniowe ulice, dużo zieleni, wiele przykładów nowoczesnej architektury. Warto było tu przyjechać dla tego widoku.

Pogoda nie nastraja optymistycznie, ale wybór jest mocno ograniczony, ba, zgoła go brak. Raźno więc i z nadzieja w oczach ruszamy autokarem w stronę Solecznik. Nie docieramy do tego miasteczka, ale za Jaszunami, jeszcze przed Solecznikami Małymi skręcamy w szutrową dróżkę, pokonujemy wąską tu Wisińczę (sprawdzając przy tym czy aby nadaje się na miejsce rozpoczęcia spływu) i lądujemy na łące w pobliżu gospodarstwa złożonego z kilku skromnych drewnianych zabudowań. Kilka okazów nieletniej ludności tubylczej wyraża w pewnym momencie niezdrowe zainteresowania taśmami, którymi kajaki przymocowane są do przyczepy. Trzeba mieć oko na takie osoby. Po rozłożeniu namiotu i przygotowaniu obiadokolacji ruszamy szosą w kierunku Solecznik Małych i docieramy do skupiska domów, które niechybnie stanowią centrum miejscowości. Stoi tam mało starożytny kościółek z położonym za nim cmentarzem. Robi się późno, więc wstępujemy jeszcze tylko na złocistego Svyturysa do baru i sącząc chmielową ambrozję wdajemy się w dyskusję z miejscowymi, którzy utrzymują, że tak do końca Polakami nie są, ale język znają. Miszungi takie, jakbym to określił. Wracając na biwak odwiedzamy młyn wodny na Wisińczy położony nieco powyżej miejsca w którym obozujemy.

Soleczniki Małe

Znajdują się w odległości 8 km od Solecznik. Jest położone nad Wisinczą i przy trakcie prowadzącym z Wilna do Lidy.

Właścicielami Małych Solecznik byli Hlebowiczowie, którzy wybudowali tutaj drewniany kościół w 1560 roku, a następnie Chodkiewiczowie , którzy w latach 1568-1622 kościół ten przekształcili w dom modlitwy ewangelików reformatorów. Od 1834 do 1913 roku Soleczniki Małe należały do rodziny Mianowskich.

Około 1840 roku Mikołaj Mianowski, znany lekarz i profesor Uniwersytetu Wileńskiego , wybudował tu drewniany dwór, który istniał do drugiej wojny światowej. Wcześniej . bo w 1834 roku wzniósł w miejscu starej świątyni nowy drewniany kościół pod wezwaniem św. Jerzego. Prochy tego znakomitego uczonego spoczywają na miejscowym cmentarzu.

W kościele Św. Jerzego znajdują się dwa cenne XIX - wieczne dzwony, lichtarze XVII - wieczne oraz obraz "Matki Boskiej Różańcowej"

[źródło:http://www.pci.lt/wilno/solecznikim]

Wisińcza charakteryzuje się krętym korytem, szeroką doliną i nietkniętymi przez człowieka terenami w dolnym biegu. Występują też liczne starorzecza. Źródła Wisińczy znajdują się koło wsi Stoki. Dopływy Wisińczy to: Wersoka, Kamionka i Kiernowa.

Wieczorem uczynni gospodarze pozwolili nam rozpalić ognisko na swojej łączce, a nawet podrzucili drewno opałowe. Zaprosiliśmy gospodynię z córką, które wydawały się z tego powodu nieco speszone, ale jednocześnie ukontentowane. A że było to pierwsze spotkanie przy ognisku, nie obyło się bez śpiewów i kilku słów o sobie. Każde z nas przedstawiało się krótko; padały słowa typu: „Mam na imię Iza, jestem na spływie z Towarzystwem 5 raz”, „Jestem Marek z Miechowa, pracuję jako sanitariusz w Poznaniu”, itd… aż kolej doszła do córki gospodarzy, która wypaliła: „Mam na imię Stasia i jestem panną”. Wywołała tym niebywały entuzjazm wśród całej naszej ekipy.

 

3 czerwca, niedziela

Rano z zadowoleniem stwierdzamy, że nie pada deszcz, nie sypie śnieg, grad nie bębni o namiot, a i chmury też nie zapowiadają żadnego nieszczęścia, więc szybko zwijamy biwak, pakujemy rzeczy do autokaru, ściągamy kajaki z przyczepy i załoga po załodze ruszamy na wodę. Rzeka jest tu nie za szeroka, ale brak poważniejszych przeszkód w jej nurcie. Za to nielicho sobie meandruje pośród nieużytków i zagajników, aż ręce bolą od kontrowania wiosłem przy ciasnych zakrętach. Takie delikatne wprowadzenie w temat. I żeby nam się odechciało marudzić. Przy moście kolejowym robimy drugi postój – co za widoki z niego na meandrującą w dolinie Wisińczę. Kolejny postój, gdzie zbieramy się już wszyscy, robimy przy moście na drodze w Gudełkach (lit. Gudeliai). Idę się przejść w kierunku zabudowań wioskowych, nawiązuję kontakt słowny z Polakiem mieszkającym w Wilnie, ale akurat dziś odwiedzającym swoją matkę. Z jego słów wynika, że Polacy stanowią tu zdecydowaną większość ludności. Potem cała ekipa czeka na komandora spływu, który pojechał autokarem szukać miejsca na dzisiejszy nocleg. Zaczyna prażyć słoneczko, nie ukrywamy swojej radości.

Gudełki (lit. Gudeliai)

Dobra, pow. Wileński, nad rzeką Wisińczą, 5 okr. adm,, par. Soleczniki, liczy 68 dzies. Ziemi uprawnej i 1195 dzies. Lasu sosnowego. Ziemia piaszczysta, łąki zalewne, w stosunku do ziemi uprawnej rozległe; lasy, w ostatnich czasach znacznie wytrzebione, obfitują we wrzos. Gudełki na schyłku XVIII w. były własnością marszałka gub. Wil. Tyszkiewicza, następnie przeszły do Potockich, a od nich nabyli je Wagnerowie. R. 1866 wieś, folw. I karczma miały 95 mk.

[źródło: Słownik geograficzny Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich]

Po dłuższym postoju ruszamy dalej, zaczyna się przyjemna wakacyjna atmosfera, poproszę o taką pogodę do końca spływu. Lądujemy na prawym brzegu na czymś w rodzaju wielkiej trawiastej polany otoczonej lasem. Rozbijamy się sprawnie, przygotowujemy ciepłą strawę i zwiedzamy okolicę. A wokół pustka totalna, lasy i lasy i jeszcze tylko lasy; a za lasem kolejny las. Na wywłaszczeniu nad rzeką resztki jakiegoś obiektu wzniesionego ludzką ręką. Dopiero po powrocie dowiedziałem się, że wylądowaliśmy tam, gdzie kiedyś była wioska Gajdzie.

Gajdzie

Tej wsi nie sposób znaleźć na mapie rejonu solecznickiego. Niewiele ludzi pamięta o jej istnieniu, o jej tragicznej historii, która skończyła się 9 kwietnia 1944 roku. W miejscu małej wioseczki Gajdzie, położonej w Puszczy Rudnickiej, wznosi się dzisiaj jedynie pomnik pamięci pomordowanych przez hitlerowców ludzi. Trudno zresztą to nazwać pomnikiem. Dwie ściany o długości 5-6 metrów i leżący na nich wielki kamienny głaz. Pomnik został ustawiony przez ówczesne władze radzieckie w 40. rocznicę zagłady. Był otwierany z wielką pompą. Na monumencie umieszczono tablicę z nazwiskami pomordowanych. Przed kilkoma laty tablica z kolorowego metalu padła jednak łupem złodziei. Ktoś nieznany przymocował na ścianie katolicki krzyż na cześć pamięci pomordowanych mieszkańców Gajdź. W pobliskich wsiach Gudełki i Wielkie Sałki do dzisiaj żyją żywi świadkowie tragedii.

Historią tragedii wsi Gajdzie, upamiętnieniem poległych ludzi zainteresował się samorząd solecznicki oraz Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Trwają starania, aby w miejscu zbrodni wojennej w Puszczy Rudnickiej stanął krzyż katolicki w pamięć o niewinnych ofiarach.

[Tekst: Andrzej Kłosowski]

 

4 czerwca, poniedziałek

Dziś start wyznaczono na godz. 9.00, co w tych pięknych okolicznościach przyrody okazało się porą wybrana perfekcyjnie. Od razu zaczynają niesamowicie ciasne meandry, rzeka wyczynia cuda zmuszając nas do dużego wysiłku. Drzewa zagradzają nam czasem wolny przejazd, trzeba się przeciskać pod nimi lub przenosić, ew. przesuwać kajak górą. Sympatyczna sąsiednia załoga wybrała w pewnej chwili pierwszy z tych wariantów i wepchnęła się tak głęboko do kokpitu, że nie wystawali głowami poza obrys kajaka, co umożliwiło im przepłynięcie pod przeszkodą. Problemy zaczęły się z chwilą, kiedy sternik próbował wychynąć z wnętrza jednostki pływającej, a to okazywało się przez dłuższy czas niemożliwe. Zaklinował się bowiem tak skutecznie, że nie mając punktu podparcia dla nóg, wydawał rozpaczliwe dźwięki starając się wydostać z matni. Widok przedni, acz raczej dla załóg sąsiednich kajaków.

Jest wąsko, na brzegach gęste trzciny, za nimi ściana lasu. To nie byle jaki las, a Puszcza Rudnicka, która łącząc się kiedyś z kilkoma innymi puszczami, w tym Nalibocką i Ruską, szczelnie pokrywały wiele setek kilometrów kwadratowych. Często przepływamy obok resztek drewnianych mostków i kładek. Czujemy, że kiedyś było tu życie. Kiedyś, czyli do końca II wojny światowej, kiedy to zamieszkująca te tereny ludność przeważnie polskiej narodowości albo przesiedliła się na zachód, albo opuściła swoją ojcowiznę migrując do miast. Po drodze świetne miejsce biwakowe w Nowej Wisińczy, a za chwilę po prawej stronie wysoki brzeg i pomost. Wysiadam z ulgą, albowiem nadeszła ta wiekopomna chwila, aby znaleźć studnię i zaczerpnąć wodę do butelki. Okazuje się, że dobrze trafiłem, pierwsza spotkana kobieta odradza mi degustację wody ze swojej studni, bo za blisko rzeki i może nie być pierwszej klasy czystości. Kieruje mnie do pobliskiego gospodarstwa oddalonego jakieś 300m od rzeki. Pędzę tam i witam się z pracującym starszym mężczyzną i hożą dorodną dziewoją w kusym przyodziewku. Zagajam rozmowę: Gawaritie po russki? Da, konieczno… Maybe in English would be more comfortable? Yes, whatever you like, sir… Eee, a po polsku można? A można i po polsku albo niemiecku też można… Poliglotę ustrzeliłem w tym odciętym od cywilizacji kącie, brawo. Nabieram wody ze studni i żegnam się z przemiłym Litwinem. Bo to jednak był Litwin, a ja zawiodłem go nie podejmując rozmowy w tym właśnie języku.

Puszcza Rudnicka

Olbrzymia puszcza na Litwie (ogólna powierzchnia 37 tys. ha). Lasy sosnowe stanowią 67%, olcha czarna 12%, jodła i brzoza po 10%. Puszcza Rudnicka to olbrzymi kompleks biotopów będący niewątpliwie jednym z najwartościowszych terenów w rejonie. W okolicy Zygmunciszek, na wysokość 30 m wznoszą się wydmy kontynentalne.

Sowieci założyli tu w latach 1939-40 poligon wojskowy, dziś już nie istniejący. Obok dawnego poligonu działa strzelnica. Otwarte, piaszczyste pustkowie zostało ukształtowane przez zrzucane na dawny poligon bomby oraz ciągłe pożary. Większość dojrzałych sosnowych lasów została wycięta a wyręby zasadzono młodniakiem jeszcze w okresie sowieckim, mimo to nadal zachowały się tu fragmenty starodrzewu.

Ponieważ w całym rejonie Solecznickim zachowało się niewiele dojrzałych lasów wokół tego terenu ścierają się interesy leśnictwa oraz instytucji ochrony środowiska. W przyszłości, otwarte piaski, jeżeli nie będą zastosowane specjalne środki, zarosną lasem, a ten unikalny biotop całkowicie zaniknie. W strefie ochronnej poligonu największy wpływ na środowisko, podobnie jak na całej przestrzeni Puszczy Rudnickiej wywiera wyręb lasów.

Przez Puszczę Rudnicką toczy swe wody Mereczanka, do której uchodzą: Nieprudka, Szpigujec, Duża i Mała Pirczupa, Upiesia. Wisińcza, do której na terenie Puszczy uchodzi Kiernowa, tworzy malownicze starorzecza.

W południowo-wschodniej połaci puszczy Wisińcza wpada do Solczy. Brzegi obu rzek porasta czarna olcha. Położone w dolinie naturalne łąki mają wartość przyrodniczą w skali całego regionu. Rozciągają się tu połacie, wyjątkowe, nie tyle ze względu na rzadkie gatunki roślin, co ze względu na ich wspólnoty. Za Kiernową zaczynają się rozległe starorzecza Wisińczy i ciągną się w stronę jej ujścia do Solczy.

W Puszczy żyje wiele gatunków zwierząt w tym: zając bielak, lis, wilk, sarna, dzik, wydra, liczne gatunki nietoperzy, ponadto 30 gatunków rzadkich ptaków: bocian czarny, trzmielojad, orlik krzykliwy, cietrzew, głuszec, żuraw, dzięcioł zielony, dzięcioł białogrzbiety, dzięcioł trójpalczasty, bielik, gadożer, dudek, zimorodek i inne. Z gadów i płazów należy wymienić gniewosza plamistego, jaszczurkę zwinką, jaszczurkę żyworodną, kumaka. Ponadto występuje tu 5 gatunków motyli wpisanych do Czerwonej Księgi Litwy.

W XV - XVII wieku puszcza była ulubionym terenem polowań królewskich, Kazimierz IV Jagiellończyk wybudował tu pałac myśliwski. Następny dworek myśliwski kazał wybudować, w roku 1511, król Zygmunt Stary. W nim podczas wielodniowych polowań Barbara Radziwiłłówna odwiedzała króla Zygmunta Augusta.

Puszcza Rudnicka jest trwale związana z historią. W jej kniejach stacjonowały oddziały powstańcze 1831 i 1863 roku. Na wjeździe do puszczy od strony Rudnik, na brzegu Mereczanki, możemy oglądać pomnik poległych powstańców z 1863 roku. Pomnik postawiony został w 1975 roku. Po wybuchu powstania styczniowego na Wileńszczyźnie zaczęły powstawać oddziały powstańcze.

Z powodzeniem walczył tu Ludwik Narbutt. W boju odznaczyli się i inni. 31 maja 1863 roku koło Zygmunciszek połączone partie Jana Sędka, Aleksandra Stabrowskiego (Lubicza) i Feliksa Wisłoucha w sile około 500 ludzi rozbiły kilka rot rosyjskich, zmuszając je do ucieczki. 23 czerwca doszło do potyczki koło Korkucian pod Ejszyszkami. 19 października 1863 roku Rosjanie otoczyli 40-osobową partię powstańczą Gustawa Ostoi. Mimo miażdżącej przewagi Rosjan, 26 powstańcom udało się przebić.

W czasie II wojny światowej w Puszczy Rudnickiej stacjonowały oddziały Armii Krajowej m. in. por. Jana Borysewicza „Krysi”, „Wilhelma”. Pamiątką po poległych tu żołnierzach jest m. in. krzyż. Napis na płycie nagrobnej głosi: „Tu spoczywa 25 żołnierzy oddziału samoobrony Wileńskiej Armii Krajowej pod dowództwem por. Czesława Stankiewicza ps. „Komar”, poległych 6 - 7. 01. 1945 w nierównej walce z siłami NKWD. Cześć ich pamięci. 1991 rok”. W czasie tej walki zginęło 81 Sowietów z oddziałów NKWD. Oddział „Komara” stoczył kilka dni wcześniej dwie bitwy z oddziałami NKWD w rejonie Starych Maceli. Pomnik ufundowany został w 1993 roku przez polską Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. W lesie cmentarzyk polowy gdzie pochowano ponad 30 poległych żołnierzy: Zbigniew Malewski „Czech”, Kazimierz Marciszewski „Czarny”, Czesław Tietianiec „Bystry”, Stanisław Tomłowski „Tomko”, Jan Zapaśnik oraz żołnierze z oddziału Zemsty: Stanisław Bułhak „Błyskawica”, Jan Zieliński „Kawka II” Piotr NN, „Miecz” NN, „Zbych”, NN „Karaś”, NN Czarny”. Siedmiu innych żołnierzy tu poległych zostało pochowanych koło Niewoniańców.

Partyzantka sowiecka stacjonująca w Puszczy Rudnickiej dopuszczała się licznych grabieży i mordów na mieszkańcach okolicznych wiosek. Mieszkańcy tych wiosek, w celu odpierania grabieżców tworzyli oddziały samoobrony. To było wystarczającym powodem, aby Sowieci dokonali m. in. pacyfikacji i mordu części mieszkańców wsi Koniuchy. 8 grudnia 1943 roku sowiecka grupa napadła na wieś Wilkańce dokonując rabunku. Zamordowano jednego z gospodarzy i spalono jego gospodarstwo. 12 grudnia 1943 r. 50-osobowa grupa Sowietów napadła na Montwiliszki dokonując rabunku. 7 stycznia 1944 roku 30 osobowa grupa sowieckich partyzantów napadła na Karkliny i Songiniszki dokonując rabunku. 25 stycznia 1944 roku sowiecko-żydowska grupa napadła na wsie Dajnowa i Kamerowszczyzna dokonując rabunku.

Aby zapobiec ciągłym utarczkom pomiędzy sowiecką partyzantką a AK, Polacy wiosną 1944 roku, podjęli rozmowy z Sowietami. Spotkania odbywały się na terenie tzw. Długiej Wyspy w Puszczy Rudnickiej. Miejscowe dowództwo AK (dowódca V batalionu AK kpt. Stanisław Truszkowski „Sztremer”) przejęło na siebie ciężar utrzymania około 2 500 Żydów i Sowietów z Puszczy Rudnickiej. Kwatermistrzostwo AK dostarczało do Starych Rakliszek nad Solczą bydło, świnie i mąkę. Stąd za pokwitowaniem trafiało to do Sowietów.

Na tzw. Długiej Wyspie koło Wisińczy pochowany jest ppor. Wojciech Stypuła „Bartek” IV/77 pp AK, zabity przez Sowietów 22 lipca 1944r.

Pamiątką po historycznych wydarzeniach są nazwy miejscowe: Polskie Wyspy, Góra Kościelna, Moskalowy Kąt, Długa Wyspa. Są również nazwy miejscowe wiążące się z łowiectwem: Porakiecie, Niedźwiedzia Buda, są liczne uroczyska: Łomy, Komsza, Gulbienie. Kiełbasiana Góra, Mariampol, Ropiec, Żodumliszki, Obale, Kumielek, Rakliszki, Niedźwiedzia Wyspa, Kruhły Rojst, Skirsaboła Mała i Duża, Gudokiemskie Łąki, Macie -Rojst, Olszanka, Wajgulina, Budojskie Łąki, Szoki, Góra Buksztele, Długie Błoto i in. Jest Kuliamowa Góra (161,5 m n.p.m.).

W okresie Litwy sowieckiej w Puszczy funkcjonowało muzeum partyzantki sowieckiej pn. Partyzancka Baza.

[źródło: Wikipedia]

 

Płyniemy nieśpiesznie, za nami tylko „zamek”, czyli ostatnia załoga. Wisińcza dokonuje na tym odcinku cudów, usiłując nie wypuścić nas ze swych objęć. Zakręt za zakrętem, słońce raz z tyłu, raz świeci w oczy, zaczynam powolutku tracić kontakt z rzeczywistością. Marzę tylko o tym, aby płynąć choć 20, no choć 10 metrów bez skręcania o 180 stopni. W pewnym momencie Wisińcza wpada do Solczy, którą niestety trzeba płynąć 1,5 km pod prąd. A rzeka owa ma prąd, oj ma. Machamy z wysiłkiem łapkami rozpaczliwie próbując przesuwać się w górę rzeki. Udaje nam się po 40 min dotrzeć do miejsca biwaku na lewym orograficznie brzegu, na łączce pod lasem. Szacunek należy się kierowcy, który wąziutką dróżką dotarł w pobliże rzeki.

Solcza to lewy dopływ Mereczanki, charakteryzuje się szerszą i mniej zalesiona doliną. Swoje źródła ma koło Bohuszy wielkich, na Wschód od Solecznik. Solca płynie południowym skrajem Puszczy Rudnickiej. Wyróżnia się krętym korytem i licznymi starorzeczami, które nie wysychają nawet w upalne i gorące lata. Do Solczy uchodzą: Wisińcza, Solczyca, Brasta, Maltupie, Berża, Oberżyna, cieciorka, Kukawka.

 

5 czerwca, wtorek

Wygania nas niemiłosiernie przypiekające słońce, w takich warunkach przebywanie w namiocie grozi kalectwem, co najmniej umysłowym. Ruszamy dziś standardowo o godz. 9.00. Rzeka prezentuje się wspaniale, przeszkód niewiele w nurcie, a jeśli już są, to można je łatwo pokonać. Poza tym Solcza jest po połączeniu z Wisińczą wyraźnie szersza i mniej meandruje. Wokół las, cisza, plusk wioseł nieśpiesznie zanurzanych w wodę, czyli pełny relaks na wodzie. Na brzegach kilka miejsc nadających się na biwak, jeśli płynie tylko kilka kajaków, to Solcza jest znakomitą rzeką na spływ rodzinny. Nie przepuszczamy okazji, aby wykorzystać jedno z takich miejsc do rytualnych ablucji i zamoczenia rozgrzanych ciał w chłodnych falach. Brzeg nie za wysoki, niewielka plaża piaszczysta, polanka na postawienie namiotów, zaraz za nią las – urokliwa sceneria. Przepływamy pod mostem w Zygmunciszkach, tu kierowca naszego autokaru dokonuje abordażu jednego z kajaków i pływa sobie wykorzystując przedłużający się postój w oczekiwaniu na ostatnie załogi.

Rozstawiamy namiot na łączce przy moście. O ile w kajaku jeszcze można wytrzymać, bo chłód od dna jest nader miły, o tyle po wyjściu na brzeg zaczyna się walka o przeżycie w spiekocie. Okolica bardzo ciekawa, pagórkowata lekko, na horyzoncie drewniane zabudowania. Z braku lepszego pomysłu na spędzenie popołudnia większość grupy jedzie autokarem do Olkienik. Pytam się w pierwszym sklepie spożywczym o możliwość pozostawienia na godzinę ładowarki do akumulatorów w aparacie fotograficznym. Odpowiedzią jest szeroki uśmiech sprzedawczyni i zaproszenie za ladę, abym samodzielnie podłączył urządzenie do gniazda sieciowego. Potem już możemy zacząć zwiedzanie wioski. Niewiele jest tu do zwiedzania, od tzw. city trzeba podejść kawałek do kościoła na majdanie, obejść świątynię dookoła i tyle.

Olkieniki liczące 1200 mieszkańców leżą przy ujściu Salci (Solczy) do Merkys (Mereczanki). Nazwa pochodzi prawdopodobnie od słowa valka-kałuża. Miejscowość wymieniana była już w XIV-wiecznych "opisach dróg krzyżackich" na Litwę. W 1512 r. miał tu stać dwór wielkiego księcia. Tutaj, podobnie jak w Rudnikach, w 1551 r. zatrzymał się kondukt wiozący z Wilna do Krakowa trumnę ze zmarłą Barbarą Radziwiłłówną. Pierwszy kościół powstał przed 1555 r. z fundacji królowej Bony. Spalili go Rosjanie w 1655 r.

W 1631 r. miecznik wielki litewski Krzysztof Chalecki sprowadził do Olkienik franciszkanów. Klasztor powstał w 1635 r., pierwotnie jako filia klasztoru wileńskiego, usamodzielnił się w 1650 r. W tym czasie miecznikostwo Chaleccy przy klasztorze wystawili murowany kościółek, w którego wnętrzu powstał Domek Loretański, wg wzoru rzymskiego Loreto. Kościółek i klasztor przebudowano w 1779 r. Klasztor franciszkanów władze carskie zamknęły w 1832 r. Urządzono w nim koszary, kościół zamieniono na cerkiew. Po 1920 r. ponownie przejęli go katolicy. Dziś z całego kompleksu pozostały nikłe ślady.

Prawa miejskie Olkieniki otrzymały w 1571 r. od króla Zygmunta Augusta.

Potwierdził je w 1792 r. Stanisław August Poniatowski.

W listopadzie 1700 r. szlachta z kilku okolicznych ziem, będąca stronnikami ks. Ogińskiego, stoczyła pod Olkienikami bitwę z prywatnym 9-tysięcznym wojskiem hetmana Kazimierza Sapiehy pod dowództwem gen. Michała Sapiehy.

Pospolite ruszenie szlachty było prawie dwukrotnie liczniejsze. Dowodził nim książę Michał Wiśniowiecki. Wojska magnata poniosły sromotną klęskę, a sam Michał Sapieha został wywleczony przez pijaną szlachtę z prowizorycznego więzienia i rozsiekany szablami. Opisem tej bitwy Paweł Jasienica rozpoczyna swą powieść Polska anarchia.

Na przełomie XIX i XX w. miasteczko liczyło 1000 mieszkańców. Była tu fabryka kartonu, sklepy i karczmy.

W Olkienikach istniała do czasów II wojny piękna drewniana bożnica żydowska z 2 poł. XVIII w. z łamanym dachem. Odwiedził ją, ciągnąc na Moskwę, Napoleon, który darował miejscowej społeczności żydowskiej

prezent ze swoimi inicjałami. Była jedną z kilkunastu drewnianych bożnic- wybitnych przykładów XVIII-wiecznej barokowej architektury żydowskiej kresów pn.-wsch. (m. in. Jurbork, Szawkiany, Wiżuny, Sopoćkinie, Wołpa, Zabłudów, Śniadowo, Suchowola, Sidra, Janów Sokólski, Odelsk, Jeziory).

Wszystkie spalone przez hitlerowców. Niemcy spalili też w Olkienikach w 1944 r. budynek klasztoru franciszkanów.

[źródło: „Pozostałości Polski na Litwie i Łotwie” – Mohort]

 

Olkieniki, małe miasto drewniane pod 54°14'13'' szerokości jeogr. położone, nad rzeką Mereczem, blisko ujścia do niej Solczy, o mil 8 od Wilna na trakcie do Merecza idącym, od którego o 6 mil są odległe. Olkieniki zwane na dawnych mappach polskich 17 wieku Wolkieniki, chociaż leżą o l˝ mili w lewo od tego traktu, pospolicie jednak w 16 wieku za obu Zygmuntów były uczęszczane, zwłaszcza, że będąc starostwem miały dwór królewski. Pospolicie jadący wtenczas z Wilna  do Krakowa na Brześć i Lublin, udawali się naprzód do Rudnik, stamtąd do Olkienik i do Merecza. Zygmunt August prowadząc roku 1551 zwłoki żony swojej Barbary z Krakowa do Wilna, gdy tu d. 19 czerwca przybył, powitany od senatorów litewskich, jednego z nich najzasłużeńszego sobie Mikołaja Czarnego Radziwiłła marszałka i kanclerza W. Lit. na dostojność wojewody wileńskiego wyniósł.

Dwór królewski w Olkienikach był znaczny, położenie jego ozdobione wielkim stawem na rzece Mereczance spławnej na drzewo towarne, którém z ogromnych lasów w górze położonych zaczęto handlować do Memla pod koniec 18 wieku. Kościół parafialny ma być fundowany przez królową Bonę; Stefan Batory r. 1581, a Zygmunt III r. 1632 fundusz probostwa pomnożyli, do czego jeszcze zapisy prywatne r. 1693 się przyczyniły, Krzysztof Chalecki miecznik W. lit. pierwszy dał fundusz roku 1636 wprowadzonym Franciszkanom, którzy ta klasztor z kościołem mają. Starostwo niegrodowe Olkienickie płaci kwarty złp. 4,683; ostatnim jego posiadaczem r. 1794 był Michał Granowski sekretarz W. lit. i tu ostatni potomek starożytnego rodu swego umarł. Mieszczanie Olkieniccy mówią po polsku, a lud okoliczny po litewsku.

[źródło: „Starożytna Polska pod względem historycznym, jeograficznym i statystycznym opisana. Przez Michała Balińskiego i Tymoteusza Lipińskiego”]

 

Wieczorem już tylko ognisko i plany na jutro, tudzież śpiewanki i zajęcia w podgrupach. Nareszcie pojawiają się jakieś lekkie podmuchy, bo upał dziś panował nieziemski.

 

6 czerwca, środa

Także i dziś słońce zaczyna swoją pracę wcześnie rano i wygania nas z namiotów. Do boju wstępujemy o godz. 9.00 i płyniemy w kierunku Olkienik, gdzie znajduje się most. Jeszcze jedno zakole i Solcza wpada do Mereczanki, która jest tu wyraźnie szerszą, niosącą więcej wody rzeką. W pewnym miejscu widzimy całe stado krów łapczywie pijących wodę z rzeki. Bardzo urokliwy, sielski widoczek. Na kolejnym zakręcie dobre miejsce biwakowe, więc robimy tu południową przerwę regeneracyjną. Wokół pustka łąk, zagajniki, cicho i spokojnie.

Mereczanka (lit. Merkys) o dł. 215 km. Wypływa z rejonu na Wschód od Onżadowa, koło wsi Równiny na obszarze dzisiejszej Białorusi i płynie w kierunku zachodnim. W całym swym biegu ma charakter nizinny. Od Jaszun, tj. od 132 km Merecznka była kiedyś spławna. W okresie lodowcowym Mereczanka była dopływem Narwi, ale późniejsze procesy geologiczne spowodowały zmiany w korycie Niemna. W zlewni Mereczanki znajduje się 175 jezior.

 

Pojawiają się bardzo ładne domki letniskowe z zagospodarowanym otoczeniem, wykoszoną trawą wokół i pomostami. Powoli zbliżamy się do mostu kolejowego w Pomereczu na linii Warszawa – Grodno - Wilno - Sanki Petersburg. Robię ciekawe ujęcia doliny rzeki, która wygląda z wysokości na jeszcze atrakcyjniejszą, a to już zakrawa na bałwochwalcze stwierdzenie. Za chwilę dobijamy do prawego brzegu w pobliżu wsi Barteliai (Bartele) i Biekšios (Bieksze), gdzie rozbijamy biwak. Nie daruję sobie sposobności, aby zanurzyć swe umęczone ciało w chłodnej wodzie opływającej cypelek.

Po południu pojawia się w pobliżu naszego biwaku miejscowy Litwin w stanie niejakiego wzburzenia i zaczyna próbę komunikacji werbalnej w swoim ojczystym języku. Widząc naszą uprzejmą obojętność na swoje słowa, przechodzi na kaleki język rosyjski. Próbuje nam wytłumaczyć, że to jego pole i za przyjemność nocowania na tym jakże cennym miejscu należy się mu zapłata. Wskazuje rękami na granice swoich włości, aczkolwiek trudno nam je dostrzec na tych nieużytkach. Komandor namawia go na okazanie „bumag”, czyli dokumentów poświadczających jego prawa do owych nieużytków, bo wszak każdemu z okolicznych osiłków mogłaby przyjść do głowy myśl o wyłudzeniu od nas brzęczącej monety za udostępnienie pola. W końcu dla przypieczętowania wielowiekowej przyjaźni koroniarsko-litewskiej decydujemy się zrobić zrzutkę, ale prosimy tubylca o napisanie oświadczenia o przyjęciu pieniędzy. Człowiek zaczyna pisać po litewsku, co z kolei dla nas jest nie do przyjęcia. Przekonujemy go do napisania oświadczenia po rosyjsku, co idzie mu nadzwyczaj ciężko. W celu udokumentowania całego zdarzenia robie mu znienacka reporterskie zdjęcie z użyciem lampy błyskowej. Reakcją Litwina jest rzucenie papieru i długopisu, odwrócenie się na pięcie z kilkoma słowami litewskimi na ustach i oddalenie się od naszej grupy bez pieniędzy. Manuskrypt dokumentu jest do wglądu u komandora spływu.

Podczas wieczornego spotkania przy ognisku definitywnie porzucamy plany przewiezienia kajaków lądem i spłynięcia rzeką Wersoką z kilkoma jeziorami zaporowymi. Koncentrujemy się na Mereczance.

Ze względu na godny ubolewania incydent z Litwinem postanawiamy w nocy zorganizować warty przy ognisku, na wszelki wypadek, gdyby okoliczni mieszkańcy chcieli nas odwiedzić w porze zasłużonego odpoczynku. Przypada nam okres dwugodzinny o świcie, siedzimy sobie przy dogasającym ognisku, pijemy herbatę i podziwiamy ten piękny czas, kiedy niebo rozjaśnia się barwami tuz przed wschodem słońca. Odwiedzin się nie doczekaliśmy.

 

7 czerwca, czwartek

Kolejny dzień upiornego upału, o którym tylko mogliśmy marzyć zaczynając naszą litewską przygodę. Rzeka płynie zakolami przez las, zwłaszcza prawy brzeg wznosi się wysoko, pojawiają się bystrza. Dojeżdżamy do urwiska po prawej stronie, wysiadam z kajaka i wspinam się przez rezerwat głazów aż na wywłaszczenie, przy którym przebiega szosa Druskienniki – Wilno. Z tego miejsca jest wspaniały widok na zakole Mereczanki. Ciekawostka jest fakt, że głazy narzutowe na zboczach urwiska tworzą zarys jakiegoś napisu.

Docieramy do mostu łączącego Orany ze Starymi Oranami. Przed II wojną światową Mereczanka na tym odcinku stanowiła granice Polski i Litwy, przy czym Orany z linią kolejową należały do Polski, Stare Orany zaś do Litwy. Taszczymy kajaki na prawy brzeg tuż za mostem, na który prowadzą schodki od rzeki. Idziemy kilkaset metrów do Starych Oran na zakupy w markecie Norfa. Przy szosie znajduje się kilkanaście rzeźb w drewnie przedstawiających mitologiczne postaci z historii Litwy.

Orany

Miasto Orany zostało założone w 1862 r. przy linii kolejowej Warszawa – Petersburg. W tym czasie była to niewielka osada, która stopniowo powiększała się , stając się siedzibą okręgu w 1950 r. Obecnie miasto zamieszkuje 12 tys. osób.

Okręg Orany zajmuje największą powierzchnie w Litwie i jest najbardziej zalesiony. Największym lasem jest las Dainavos znany również pod nazwą lasu druskienicko-orańskim. 

 

Stare Orany położone są u ujścia rzeki Orany do Mereczanki. Miasteczko po raz pierwszy zostało wspomniane w dokumencie z 1413 r. W 1875 r. urodził się tu znany kompozytor i malarz M. K. Ciurlionis, ku czci którego wystawiono szereg rzeźb w dębie wzdłuż drogi do Oran i Druskiennik.

 

Mereczanka płynie teraz lasem, po kilku kilometrach zaczynają się pojawiać na prawym brzegu zabudowania wsi Perloja (Przełaje). Wychodzimy na stały ląd i wąską dróżką zmierzamy między zabudowaniami, poszukując bezowocnie pomnika Republiki Perlojskiej. Zlokalizowałem go dopiero podczas wieczornego spaceru. Lądujemy na nieużytkach na prawym brzegu, w pewnej odległości od pierwszych zabudowań. Jest to spora bezleśna polana zamknięta na horyzoncie ścianą lasu. Lewy brzeg Mereczanki to zwarty obszar lasów; tam nie widać żadnych śladów ludzkich. Nic dziwnego, Polacy stąd wyjechali, a Litwini nie kwapią się zakładać osad na surowym korzeniu.

 

Przełaje (lt. Perloja), miasteczko na Litwie, w gminie rejonowej Orany. Położone jest nad rzeką Mereczanką. Obecnie miasto zamieszkuje 700 osób.

W 1378 roku miasto padło ofiarą najazdu krzyżackiego. Prawa miejskie w 1636 r.

W 1710 roku podczas epidemii dżumy miasto wyludniło się. W 1792 roku w Przełajach wprowadzono prawo magdeburskie.

W latach 1918-1919 w mieście istniała tak zwana "Respublika Perloja" założona przez mieszkańców dla obrony przed plądrującymi oddziałami wojskowymi. Stworzono oddział zbrojny liczący 300 osób. Wprowadzono własna walutę, lita perlojskiego. Republika ta posiadała własny sąd, pieniądze, milicję.

Pomnik wielkiego księcia Witolda z 1930 roku. Pomnik „Poległym za Perloję i całą Litwę”.

Kościół p.w. Matki Bożej i św. Franciszka z Asyżu z 1928-1930 roku, projektu Wacława Michniewicza. Wnętrze ozdobione zostało w 1943 roku dekoracją sgraffitową przez Jerzego Hoppera.

W wiosce znajduje się niewielkie muzeum i galeria Juzefa Bagdoniene.

[źródło: Wikipedia]

 

Późnym popołudniem wybieram się na spacer polami do Perloji, gdzie odwiedzam kościół z otaczającym go cmentarzem i zaniedbany majdan z dwoma pomnikami ku chwale. Tu sobie po polsku nie porozmawiam.

 

8 czerwca, piątek

I znowu niewyobrażalny upał od samego rana, ale to dobrze, to nawet bardzo dobrze. Ruszamy, kiedy jeszcze trawa nie parzy bosych stóp. Płyniemy spokojnie, nasza grupa rozciąga się na pewno na odległości kilometra. Docieramy do ujścia rzeki Uły, popularnego szlaku kajakowego na Litwie. Za ujściem, na lewym brzegu Mereczanki jest doskonałe miejsce biwakowe dla kilku namiotów. Odpoczywamy tam, kiedy Ułą wpływa grupa żółtych litewskich kajaków. Malowniczy widok.

Rzeka spowalnia nurt, pojawiają się szerokie piaszczyste zakola. Na jednej z takich plaży urządzamy sobie postój, obserwując przepływające kajaki i słysząc, że za kolejnym zakrętem cała grupa urządziła sobie postój. Dopływamy do mostu na szosie prowadzącej do Merecza z Druskiennik. Na niewielkim wywłaszczeniu postawiono stoły, ławy, to ostatni taki postój na Mereczance. Kolejny – już po wpłynięciu na Niemen tuż przed mostem w Mereczu. Zostawiamy kajaki na brzegu i w podgrupach udajemy się do miasta. Najpierw oczywiście zdobywamy grodzisko litewskie z pięknym widokiem na zakole Niemna i ujście do niego Mereczanki. Potem pospieszne zwiedzanie miasteczka, uzupełnienie zapasów jedzenia i już ruszamy dalej. W mereczańskim sklepie po raz pierwszy widziałem wynalazek litewski, a mianowicie wódkę 150g pakowaną w przezroczyste pudełka plastikowe i zamykane folia aluminiową, podobnie jak jogurt. Kupuje się taki rarytas, wprawnym ruchem odrywa folię i ma się alkohol w wielkim kieliszku bez potrzeby czasochłonnego poszukiwania szkła. A kiedy człowiek jest spragniony, to czas jest ja wagę złota. Poza jakież to higieniczne rozwiązanie…

Merecz (lit. Merkinė), miasteczko na południowym zachodzie Litwy, na historycznym szlaku z Warszawy do Wilna, u ujścia Mereczanki do Niemna.

W XIV wieku wzniesiono tam zamek obronny, znany w źródłach krzyżackich z 1377 r. pod nazwą Merkenpille. Okoliczne lasy były ulubionym miejscem polowań urządzanych przez wielkich książąt litewskich i królów polskich. W 1418 r. król Władysław II Jagiełło przebywał w Mereczu w okresie świąt Bożego Narodzenia, a w 1421 r. przyjmował tam posłów czeskich, ofiarujących mu koronę czeską. W 1501 r. wielki książę litewski Aleksander Jagiellończyk nadał część lasów mereczeńskich Michałowi Glińskiemu. W tym czasie w rejonie Merecza rozwinęło się osadnictwo wiejskie. Osady były zakładane głównie przez ludność litewską. W późniejszym czasie zamek mereczeński rozbudowano i często był nazywany "zamkiem królowej Bony". Merecz otrzymał prawa miejskie (lokacja na prawie magdeburskim) od króla Zygmunta II Augusta w 1569 r. wraz z herbem (Jednorożec). W Mereczu zmarł 20 maja 1648 r. król Władysław IV. Z kolei w 1744 r. w Mereczu zmarł ostatni z męskich potomków książęcej rodziny Wiśniowieckich, wojewoda wołyński i wielki hetman litewski książę Michał Serwacy Wiśniowiecki. Po jego śmierci majątki Wiśniowieckich przeszły w ręce rodów Ogińskich, Zamoyskich i Mniszchów. Na mocy uchwały sejmu Rzeczypospolitej zebranego w Grodnie (tzw. sejm grodzieński (1793)), podjętej 23 września 1793 r., Merecz wyznaczono na stolicę województwa.

W 1795 r. Merecz przeszedł pod panowanie Rosji. W okresie wojny Napoleona z Rosją (1812) Merecz uległ poważnym zniszczeniom. 2 września 1838 r. wójt/burmistrz Merecza P. [Piotr?] Derwiński w imieniu mieszkańców zwrócił się z pismem do rosyjskiego ministra Kiesielowa o odszkodowanie w wysokości 10 tys. rubli za szkody i straty, jakie miasto poniosło w czasie wojen napoleońskich (1812-1814). Przy tej okazji powoływał się na przywileje, jakie Merecz otrzymał od królów polskich i wielkich książąt litewskich. Sprawa była rozpatrywana w sądzie w 1840 r., ale nie została rozwiązana. W związku z tym mieszkańcy Merecza zwrócili się od odszkodowanie do ministra skarbu rządu rosyjskiego, ten z kolei odesłał ich prośbę do Generała-Gubernatora w Wilnie, który odpowiedział negatywnie. W XIX wieku koło Merecza przebiegała granica celna między Królestwem Polskim i Cesarstwem Rosyjskim, a okolice Merecza słynęły wówczas z przemytu wódki.

W połowie XIX w. rozebrano dawny klasztor. W dawnym ratuszu urządzono cerkiew. Zachował się natomiast gotycki kościół parafialny ufundowany przez króla Władysława Jagiełłę. Według przekazu Zygmunta Glogera przy drodze do Turgiel znajdował się neogotycki pałac Oktawiusza Choiseul-Gouffiera, po którym pozostała tylko 14-metrowej wysokości kaplica (poł. XIX w.). W Mereczu istniał młyn turbinowy, który spłonął w 1908 r. Przed 1914 r. okolice Merecza pustoszały wskutek słabych gleb i masowej emigracji do Ameryki. Na początku lat 20. XX w. w Mereczu znajdował się tajny sztab czwartej grupy operacyjnej podległej Białoruskiej Partii Socjalistyczno-Rewolucyjnej, która dążyła do utworzenia niezależnej Republiki Białorusi. Dowódcą grupy był Wiaczesław Razumowicz ps. "Chmara". W składu sztabu wchodzili księża katoliccy ks. Bakszic i ks. Blazujelis, prof. gimnazjum Korczyński i Razumowicz. Grupa ta współpracowała ze sztabem generalnym armii litewskiej i w razie wojny Litwy z Polską miała współpracować z armią litewską. Organizacja ta przez niektórych historyków określana jest jako Bractwo Włościan Białorusinów (1921-1922, została rozbita przez polską policję w marcu 1922 r. W okresie II wojny światowej ludność żydowska Merecza została w większości wymordowana i pochowana w zbiorowych mogiłach w pobliskim lesie. Okolice Merecza są obszarem Dzukijskiego Parku Narodowego (Dzūkija National Park).

Obecnie Merecz liczy ok. 1,4 tys. mieszkańców.

[źródło; Wikipedia]

 

Płyniemy szerokim Niemnem. Za Mereczem na środku nurtu podwodna łacha piasku, o czym przekonała się jedna z naszych załóg, zmuszona do uprawiania turystyki pieszej na środku rzeki. Jest to ślad po okresowej wyspie, zaznaczonej zresztą na przedwojennych mapach WIG. Ściana lasu na obu brzegach robi wrażenie, jest cicho, upalnie, słychać tylko monotonny plusk wioseł. Po ok. 8 km dobijamy do prawego brzegu, gdzie przeciągamy kajaki na polankę w miejscu gdzie kiedyś znajdowała się wioska Nieciosy. Rozbijamy namioty i oddajemy się słodkiemu lenistwu na upalnej ziemi litewskiej. Gdzieś w okolicy są jeziorka Nieciesis i Białozerys. Może jutro zdążymy spenetrować okolicę. Dziś robimy popołudniową sesję fotograficzną, na naszym brzegu znajduje się kilka dosyć wysokich pagórków, z których rozciąga się atrakcyjny widok na zakole Niemna.

 

9 czerwca, sobota

Ostatni dzień pobytu na Litwie zaczyna się od rytualnych ablucji i śniadania. Pogoda dopisuje, humory też. Jedni łażą leniwie po okolicy, inni robią ostatnie fotki, część zaś bierze ręczniki w garść i zmierza polna dróżką ku jezioru Nieciesis. Zabieramy się my, idziemy w górę, potem lasem w dół i docieramy do bramy prywatnego ośrodka wypoczynkowego. wychodzi już stamtąd kilka osób z naszej grupy, idziemy się zapytać sympatycznej pani w recepcji, czy można się wykąpać w jeziorze. Owszem, można, byle nie używać detergentów i mydła w wodzie. Przystajemy na ten warunek i idziemy ku tafli jeziora. Pięknie utrzymany teren ośrodka, łączka z nienagannie przystrzyżona trawą, ławeczki, pomost. Zanurzamy ciała w przyjemnie chłodnej wodzie i pozwalamy sobie pobaraszkować w niej przez dłuższy czas. Woda jest niezwykle przejrzysta, stojąc zanurzeni po nos widzimy swoje stopy na piaszczystym dnie. Żyć, nie umierać… Z żalem opuszczamy to przyjazne miejsce, a na dróżce do ośrodka spotkamy wyjątkowo liczna grupę spragnionych czystej wody uczestników naszego spływu. Pani w recepcji na pewno będzie zaskoczona.

Wczesnym popołudniem, po wyszorowaniu i dopucowaniu kajaków, ruszamy w dalszą drogę przez Merecz do Wiejsiej nad jeziorem Hańcza. Stąd już tylko krok do granicy, ale my nie spieszymy się aż tak bardzo, zostajemy w miasteczku na kilka godzin. Leniwie obchodzimy centralny plac, zaopatrujemy się w wysoko przez nas cenione wytwory litewskiego przemysłu spożywczo-monopolowo-browarniczego, odnotowujemy obecność pomnika Ludwika Zamenhofa, wałęsamy się po parku miejskim nad jez. Hańcza, w końcu rozkładamy się na plaży i pomoście. Pływanie w jeziorze, rozmowy o lecie, planach na przyszłość zajmują nam całe popołudnie. Kiedy słońce zaczyna zatapiać swe lico w falach jeziora, ruszamy ku granicy.

Wiejsieje (Weisiejai) w okręgu Olita, rejon Łożdzieje, (przed wojną w granicach Litwy). Miasteczko liczące ok. 1800 mieszkańców, ślicznie położone nad jeziorem Ancia ( Hańcza), w otoczeniu lasów, w pobliżu jezior Vernijis (Wiernieje), Snaigyna (Snajginie) i wielu innych. W 1501 r. powstał tu dwór królewski, który król Aleksander Jagiellończyk dał w lenno swojemu chorążemu księciu Glińskiemu (razem z Prenami). W 1525 r. Wiejsieje otrzymały przywilej targowy, rok później zbudowano kościół, a w I poł. XVI w. założono miasto. Dobra te należały w XVI w. do książąt Słuckich, Sapiehów i Kopciów. W XVII w. przeszły w ręce książąt Massalskich, jeden z członków tego rodu, hetman litewski M. Massalski zbudował tu pałac, spalony w czasie I wojny światowej i potem rozebrany. W l. 1885-87 mieszkał tu twórca języka esperanto, urodzony w Białymstoku Ludwik Łazarz Zamenhof, właściwie Eliezer Lewi Samenhof (1859-1917). Studiował tu i pisał w utworzonym przez siebie języku. Uczczono go nadając jednej z ulic jego imię (przy tej ulicy zachował się dom, gdzie Zamenhof mieszkał).Z dawnego majątku pozostał park (10 ha) o XVIII- wiecznym założeniu, położony nad jeziorem Hańcza. W parku pomnik Zamenhofa.

[źródło:. Tomasz Krzywicki- Litwa. Przewodnik. "Rewasz" 2005]

 

Wiejsieje, dawniej też Wysoki Dwór, wś, folw. i dobra nad jeziorem Hańcza al. Wiejsieje, pow. sejneński, gm. i par. Wiejsieje leżą o 20 w. na wschód od Sejn, śród wyżyny pojezierza, na płn. krańcu jeziora. Na obszarze dóbr są dwa młyny wodne, gorzelnia, smolarnia. Wieś była jeszcze r. 1800 miasteczkiem, targowiskiem zapewne. Spis z r. 1827 zalicza W. do rzędu wsi. Obecnie jest tu kościół par. murowany, szkoła początkowa, sąd gm. okr. IV, urząd gm., 146 dm., 2273 mk. (żydów przeważnie). W r. 1827 było 63 dm., 737 mk. Najbliższa stacya poczt. we wsi Kopciowo. W. są starą wsią litewską, nadaną wraz z przyległym obszarem Andrzejowi Siemienowiczowi, kniaz. słuckiemu, przez Zygmunta Augusta. Andrzej czy też Jerzy kn. słucki założył tu podobno r. 1562 (1526 ?) parafią i zbudował kościół. Następnie przeszły te dobra w ręce kn. Massalskich. Biskup wileński Massalski rozpoczął tu budowę wielkiego kościoła. Około r. 1800 stały pod dachem od lat 20 niewykończone mury, grożące ruiną. Zapewne też Massalscy zbudowali tu zamek warowny na swą rezydencyą. Tenże biskup podarował jeszcze za życia swego dobra Wiejsieje Wiktoryi z Ogińskich Ogińskiej, wdowie, którą wydał za swego plenipotenta Mateusza Żyniewa, który za rządów pruskich uzyskał tytuł hrabiego. Podobno biskup włoźył na Ogińską obowiązek ukończenia i utrzymywania kościoła, czego jednakże nie wykonała, poprzestając na częściowej restauracyi w r. 1817 zrujnowanej mocno budowli. Po śmierci Żyniewa dobra przeszły do rąk Ogińskich, w spadku po żonie. Następnie przeszły dobra na hr. Ame­lią z Ogińskich Wołowiczową. Kościół murowany, lecz nie sklepiony, ma 42 łokcie wysokości, 70 łok. długości w nawie a 14 w presbiteryum przy 50 łok. szerokości w nawie a 22 w presbiteryum. Wewnątrz 3 ołtarze. Pod kościołem sklepione podziemia. Pomników niema.

[źródło: „Słownik Geograficznego Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich“]

 

10 czerwca, niedziela

Dżdżysty poranek wita nas już w Warszawie. Mieliśmy szczęście.

2007_02_06-02_008_z OLYMPUS DIGITAL CAMERA 2007_02_06-02_022_z 2007_02_06-02_025_z 2007_02_06-02_027_f 2007_02_06-02_027a_f 2007_02_06-02_036_w 2007_02_06-02_043 2007_02_06-02_056_z 2007_02_06-02_064_z 2007_02_06-02_065_z 2007_02_06-02_072_f 2007_02_06-02_118_z 2007_02_06-02_120_w 2007_02_06-02_130_z 2007_02_06-02_140_f 2007_02_06-02_147_f 2007_02_06-02_155_z 2007_02_06-02_157_z 2007_02_06-02_174_z 2007_02_06-03_013_z 2007_02_06-03_014_z 2007_02_06-03_016_z 2007_02_06-03_024_z 2007_02_06-03_029_z 2007_02_06-03_067_f 2007_02_06-03_073_f 2007_02_06-03_082_f 2007_02_06-03_083_f 2007_02_06-03_087_f 2007_02_06-03_092_f 2007_02_06-03_100_f 2007_02_06-03_101_f 2007_02_06-04_05_f 2007_02_06-04_07_f 2007_02_06-04_32_f 2007_02_06-04_33_f 2007_02_06-04_34_f 2007_02_06-04_36_f 2007_02_06-04_48_f 2007_02_06-04_49_f 2007_02_06-04_50_f 2007_02_06-04_51_f 2007_02_06-05_006_z 2007_02_06-05_028_f 2007_02_06-05_049_f 2007_02_06-05_055_f 2007_02_06-05_077_f 2007_02_06-05_086_f 2007_02_06-05_100_z 2007_02_06-05_102_z 2007_02_06-06_016_f 2007_02_06-06_034_f 2007_02_06-06_035_f 2007_02_06-06_036_f 2007_02_06-06_040_f 2007_02_06-06_046_f 2007_02_06-06_067_f 2007_02_06-06_071_f 2007_02_06-06_082_f 2007_02_06-06_091_f 2007_02_06-06_092_f 2007_02_06-06_123_f 2007_02_06-06_125_f 2007_02_06-06_128_f 2007_02_06-06_129_f 2007_02_06-06_133_f 2007_02_06-07_02_f 2007_02_06-07_03_f 2007_02_06-07_05_f 2007_02_06-07_11_f 2007_02_06-07_19_z 2007_02_06-07_20_z 2007_02_06-07_24_f 2007_02_06-07_37_f 2007_02_06-07_38_f 2007_02_06-07_46_f 2007_02_06-07_52_f 2007_02_06-07_53_f 2007_02_06-07_54_f 2007_02_06-07_59 2007_02_06-07_62_f 2007_02_06-08_21_z 2007_02_06-08_26_f 2007_02_06-08_31 2007_02_06-08_38_z 2007_02_06-08_39_z 2007_02_06-08_42_f 2007_02_06-08_43_f 2007_02_06-08_44_f 2007_02_06-08_54_f 2007_02_06-08_60_f 2007_02_06-08_64_f 2007_02_06-08_77_z OLYMPUS DIGITAL CAMERA 2007_02_06-08_79_f 2007_02_06-08_88_f 2007_02_06-09_04_f 2007_02_06-09_05_f 2007_02_06-09_06_f OLYMPUS DIGITAL CAMERA 2007_02_06-09_09_f 2007_02_06-09_10_f 2007_02_06-09_11_f Autosave-File vom d-lab2/3 der AgfaPhoto GmbH 2007_02_06-09_24_f 2007_02_06-09_30_f