Archiwum imprez | 2007 | 4a. XIII Nadbałtyckie Lato | Relacja„XIII NADBAŁTYCKIE LATO”
ESTONIA oraz VIDZEMSKIE WYBRZEŻE i RYGA na ŁOTWIE
4a. Warszawa, Valma - Viljandi (pol. Felin), Parnawa, Virtsu, dalej promem do Kuivastu na wyspie Muhu – Liiva – Koguva - Kaali na wyspie Saaremaa - Suure Rootsi, rezerwat dębów – Kuressaare – Loona – Kihelkonna – Papisaare – Veere - Tagaranna, Panga – Angla – Viira – Trigi - dalej promem do Sõru na wyspie Hiiumaa – wyspa Kassari, Suuremõisa na wyspie Hiiumaa – Heltermaa - dalej promem do Rohuküla - Haapsalu- Jägala juga, Tallin - Jägala juga, Parnawa - wybrzeże na południe od ujścia Vitrupe na Łotwie, Ryga – Warszawa
28.07 - 5.08.2007 prowadzący: Katarzyna Kramek
Diariusz peregrynacji na różne miejsca dostojne w krajach przynależnych Koronie Szwedzkiej Prowincji Estońskiej czyli wyspach Ozylia y Dago zwanych szczęśliwie uczynionej Anno 2007
ku pożytkowi tak duchownych jak i świeckich osób przez Adalbertusa spisany
Civitas Radomiensis, A.D. 2010
Podstawowy tekst jest autorstwa Wojciecha Federowicza (W.F.). Został uzupełniony koniecznymi (np. zwielokrotnienie wątku narracyjnego) lub namolnymi wtrętami przez Jana Kramka (J.K.) za zgodą rzeczonego Adalbertusa – niech wszyscy potomni i współplemieńcy w Civitas Radomiensis (i nie tylko) będą mu po wsze czasy wdzięczni Fotografie zamieszczone przy tej relacji są dziełem autora oraz Elżbiety Zielińskiej, Barbary Sadowskiej, Jana Kramek, Barbary Trzpil, Aleksandra Łukaniewicza, Katarzyny Kramek, Anny Kowalskiej-Kramek.
28 lipca, sobota Wyjazd na tę wiekopomną eskapadę w krainę sztormów i trzcin wchodzących „na piechotę” w słone i zimne fale Bałtyku nastąpił poprzedniego dnia o godz. 19.00. Po drodze zadysponowaliśmy postój w znanej nam już skądinąd knajpie tuż przed Suwałkami. Granicę z Litwą przekroczyliśmy o godz. 1.00 w nocy, Łotwa objawiła się o 6.00, a Estonia o 10.00. Kierowca ambitnie usiłuje przejechać przez centrum Tartu, ale akurat tego zabraniają przepisy estońskie podkreślone wyraźnym znakiem zakazu wjazdu pojazdów z przyczepkami. Za to los okazuje się łaskawy i pozwala nam zlokalizować przy obwodnicy miasta solidny market z płodami tej ziemi i nie tylko tej. Po kolejnej godzinie jazdy docieramy nad jezioro Võrtsjärv, które objeżdżamy od północnej strony. Võrtsjärv Võrtsjärv jest największym jeziorem w całości należącym do Estonii, a jego powierzchnia wynosząca 270 km2 przewyższa sumaryczną powierzchnię wszystkich pozostałych jezior estońskich. Kilka wysepek znajduje się w południowej części jeziora: Tondisaar i Pähksaar są stałymi wyspami, natomiast Ainsaar podczas suszy łączy się ze stałym lądem tworząc półwysep. S kolei wyspa Heinassaar jest zatapiana przy podwyższonym stanie wody w jeziorze. Jezioro mimo swojej powierzchni nie jest głębokie (średnia głębokość wynosi zaledwie 2,8 m). Największa głębia (6 m) znajduje się między wschodnim brzegiem a wyspą Tondisaar w pobliżu ujścia rzeki Väike Emajõgi. Południowy brzeg jeziora jest bagnisty (grubość warstwy mułu sięga 5,5 m), na północy piaszczysty, a na wschodzie brzegi jeziora są wysokie; zbocza z piaskowca dewońskiego w pobliżu wioski Tamme sięgają 3 – 8 m. Do jeziora wpada kilkanaście rzeczek i potoków, z których najważniejsze to: Väike Emajõgi, Õhne, Tarvastu i Tänassilma; wypływa z niego zaś tylko jedna rzeka Suur Emajõgi. W wodach jeziora stwierdzono obecność 36 gatunków ryb, a wielkość połowów okolicznych rybaków sięga 400 ton.
O 12:20 lądujemy w zagajniku tuż nad wodą. Jak mówią tubylcy i co wyraźnie napisano na tablicy informacyjnej, jest to Valma, mała wioska rybacka nad wielkim jeziorem. Rozbijamy namioty, witamy się z grupą koleżeństwa pływającą już 2 tygodnie po Estonii. Zaczyna padać deszcz, reszta grupy autokarowej jedzie z kajakami dalej (niespodziewanie przyszło mi robić za ich autokarowego pilota, no ale w końcu 3 lata wcześniej zaczynaliśmy w tym samym miejscu, w którym i oni zamierzają zacząć), z zamiarem rozpoczęcia jutro kolejnego dwutygodniowego spływu. Okolica Valmy ciekawa, wokół zielono, w pobliżu obozowiska znajduje się niewielki port rybacki, na brzegu ni stąd ni zowąd widzimy solidny trawler. Dalej mijamy drewniany motel w budowie, bungalowy, wokół nich grupa młodzieży degustująca płyny ukryte w butelkach z barwnymi etykietkami. Po powrocie na biwak rozmawiam długo jednym ze Szwedów biorących udział w eskapadzie, Perem z Lund. Jeszcze tylko wieczorny spacer na południe, kontempluję pustkę wokół, odkrywam pojedyncze zagrody drewniane przy których obowiązkowo stoi po kilka samochodów, w tym drogie auta terenowe. Zaiste, dziwny kraj pełen kontrastów. Valma Nazwa Valma (Walmabe) po raz pierwszy pojawia się w dokumencie z 1584 r. Jest to miejsce, w którym podczas wykopalisk odkryto ceramikę grzebieniową. Odkryto tu również groby pochodzące z ery kamiennej, czyli z okresu ok. 3000 lat p.n.e. Port w Valma zalicza się do największych na jeziorze Võrtsjärv. W pobliżu osady znajduje się dendropark Raudsepa.
29 lipca, niedziela Pakujemy manatki i ruszamy autokarem punktualnie o godz. 9.00. Przejeżdżamy przez Viljandi, docieramy do Parnawy (miasta i rzeki, która choć stosunkowo krótka ma dużą powierzchnię dorzecza i przed ujściem jest już wielką rzeką). Pod Parnawą w kompleksie turystycznym nad rzeką Reiu jõgi, ostatnim lewym dopływem Parnawy, (dostępne są tu takie atrakcje, jak paintball, przejażdżki quadem, można też wypożyczyć łódkę) zostawiamy przyczepę z nadmiarowymi kajakami, wrócimy po nią w drodze powrotnej. Mkniemy obwodnicą Parnawy, chmury nad głowami a raczej dachem autokaru gęstnieją, sprawnie jednak docieramy do portu Virtsu. Virtsu Pierwsze informacje o pokonywaniu cieśniny przez statki z towarem pochodzą z 1459 r. Wspomniano przy tej okazji o dworze w Virtsu (Werder). Komunikację utrzymywano za pomocą statków o specjalnej konstrukcji. Były to jednostki o długości 10 – 12 m, otwarte w górnej części i o stosunkowo niewielkim zanurzeniu. W XVII w. zadanie utrzymywania komunikacji pomiędzy lądem stałym a wyspą Muhu przekazano gospodzie w porcie Virtsu. W XVIII w. powstała sieć stacji pocztowych ułatwiająca przewożenie poczty i pasażerów. Data powstania pierwszej stacji pocztowej w Virtsu nie jest znana, ale wiemy, że była przebudowana w 1822 r. (istnieje nawet piosenka ludowa poświęcona temu wydarzeniu). Żeglugę w cieśninie zapewniały dwa statki, portem macierzystym jednej z jednostek było Kuivastu, drugiej zaś Virtsu. W 1888 r. pomiędzy Virtsu i Kuivastu zaczął pływać parowiec “Sirius”. W 1902 r. pojawił się też nowy parowy lodołamacz “General Surovtsev”, który marynarka wojenna Rosji osadziła na skałach w 1918r. W latach 30. okazało się, że port był zbyt płytki, aby przyjmować nieco większe jednostki pływające. Duże znaczenie przywiązywano do utrzymania żeglowności szlaku w miesiącach zimowych. Żeglugę przekazano spółce Sergo & Co, która wykorzystywała statki o nazwach „Rudolf” i “Viire”. Po drugiej wojnie światowej znaczenie portu znacznie wzrosło. W tym okresie należał on do administracji portu tallińskiego. Od 1955 r. wykorzystywano statek pasażerski “Morjak” a w 1956 r. pojawił się nowy prom-lodołamacz “Sõprus”, a po nim “Suurupi”, “Severodvinsk”, i “Viimsi”. Dopiero w 1974 r. zainaugurowano całoroczną komunikacje między lądem stałym a wyspą Muhu, wprowadzając do eksploatacji statek “Tehumardi”. W 1997 r. pojawił się na tej trasie nowy prom “Regula” (jednostka spełniające wszystkie wymagania transportu morskiego).
Czekamy chwilę na prom kursujący co godzinę do portu w Kuivastu na wyspie Muhu. Prom mieści kilka słusznych wymiarów pojazdów, w tym i nasz autokar. Cena przejazdu: 35 koron na osobę. Kuivastu Żegluga morska pomiędzy wyspą Muhu a lądem stałym trwała od wieków i odbywała się poprzez porty w Virtsu i Kuivastu. Pierwsze informacje o porcie Kuivastu pochodzą z XVII w., a przywilej na transport morski pasażerów i poczty został wydany przez króla Szwecji. W XVII w. obowiązek utrzymywania komunikacji morskiej przekazano karczmie w porcie Virtsu. Zajmowało się tym sześć osób, a ich zadanie polegało na przewożeniu ludzi i poczty dużą łodzią. W 1794 r. w porcie Kuivastu działała już stacja pocztowa umieszczona w tawernie. Pierwsza stacja pocztowa w samodzielnym budynku powstała w 1835 r. W 1988 r. na wodach cieśniny pojawił się pierwszy parowiec “Sirius”. W 1902 r. wprowadzono do eksploatacji nowy parowy lodołamacz “General Surovtsev” pięć razy mocniejszy od swojego poprzednika). Spowodowało to konieczność rozbudowy portu. Nowa przystań została oddana do użytku w 1903 r., a prace odbywały się pod kierownictwem Jaana Schmuula z wioski Koguta. Od 1920 r. żegluga pomiędzy wyspą a lądem stałym była prowadzona przez towarzystwo Balti Päästeselts, później wprowadzono statki Sergo & Co. Pomimo wysiłków zmierzających do pogłębienia wód w porcie Kuivastu i przebudowy infrastruktury portu, obu towarzystwom nie udało się utrzymać stałej żeglugi przez cieśninę. Na przykład, lodołamacz “Jüri Vilms” nie mógł zawinąć do portu ze względu na małą głębokość wynosząca w tym okresie zaledwie 3,3 m.
Przy dopływaniu do nabrzeża portu w Kuivastu oczom naszym ukazał się zgoła nieoczekiwany widok (uwieczniony przez Wojtka na fotografii) w pustej jak dla nas Estonii – sznur samochodów osobowych oczekujących na przeprawę. Jest niedzielne wczesne popołudnie i tak „na oko” ostatni załapią się na przeprawę promową na stały ląd gdzieś tak około północy, a promy odpływają co godzinę. My natomiast, w przeciwnym kierunku, przeprawiliśmy się niejako z marszu, co zresztą było przewidywane. Uskuteczniamy krótki przejazd do wioski Liiva, gdzie znajduje się ciekawy kościół średniowieczny, obok kilka krzyży kamiennych. Kościół jest zamknięty, możemy go tylko obejść dookoła podziwiając kształt architektoniczny i mrużąc oczy od bieli ścian świątyni. Liiva Kościół św. Katarzyny w Liiva na wyspie Muhu po raz pierwszy pojawia się w dokumentach w 1267 r., ale wtedy była to prawdopodobnie drewniana świątynia, poprzedniczka obecnej. Budowa kamiennego kościoła rozpoczęła się nie wcześniej, niż pod koniec XIII w. Najpierw powstały mury nawy, potem chór, a następnie zasklepiono nawę. Konstrukcja świątyni oparta jest na wzorcach znanych z innych budowli sakralnych powstających na ziemiach biskupa Ozylii. Jedyna różnica jest niewielki wieniec kaplic dodany po wschodniej stronie chóru – element, który poza Muhu można odnaleźć tylko w kościele w wiosce Pühalepa na wyspie Hiiumaa. Wewnątrz świątyni znajduje się wiele ciekawych maswerków. Podobne można znaleźć w kościele w Karja, co może świadczyć, że ci sami budowniczowie wznosili obie świątynie. Rzuca się w oczy całkowity brak rzeźb. Cały kościół pokryty jest jednak dekoracyjnymi freskami przedstawiającymi Sąd Ostateczny. Tylko fragment tych malowideł przetrwał do naszych czasów; lepiej zachowane fragmenty widoczne są w chórze. W 1941 r. kościół został uszkodzony w wyniku pożaru i dopiero w latach 1956 – 1959 nakryto go ponownie dachem. Świątynia została odbudowana i ponownie konsekrowana w maju 1994 r. staraniem kilku parafii ze Szwecji. W kościele można podziwiać ambonę z 1629 r. (rzeźbiarz B. Raschky), ołtarz z 1927 r. wykonany przez Nommena Lorenzena z Kuressaare. Odnowiony obraz ołtarzowy przedstawiający scenę Ukrzyżowania pochodzi z XVII w. Unikatowa płyta nagrobna w kształcie trapezu została wmurowana w klatkę schodową po zachodniej stronie kościoła. W najbliższym otoczeniu kościoła rośnie stary jesion – pomnik przyrody.
Krótki przejazd wioski-skansenu Koguva, można tu zwiedzić zabytkową chatę z przyległościami, która robi za muzeum etnograficzne, wstęp 25 koron. My nie płacimy, wałęsamy się po okolicy i robimy fotki. Ludzie żyją jak dawniej, turyści plączą się po dróżkach obramowanych kamiennymi murkami. Przy dróżkach wewnętrznych napisy zakazujące wstępu. Idziemy nad morze, nurzamy się w zaroślach jałowcowych, docieramy do malowniczo położonego na wzgórzu drewnianego wiatraka, spod którego rozciąga się duszeszczypatielny widok na Bałtyk. Koguva Wioska Koguva położona jest na wyspie Muhu przy szosie Kuivastu – Kuressaare, w odległości 15 km od tej pierwszej miejscowości. Jest to najlepiej zachowana wioska z XIX w. w Estonii; wszystkie jej zabudowania są pomnikowymi przykładami budownictwa ludowego tego okresu. Większość budynków pochodzi z lat 1880-1930, a nieliczne budynki XVIII-wieczne znajdują się w jej centrum. Typowe gospodarstwo na wyspie Saaremaa składa się z budynku mieszkalnego, magazynu, sauny, obory dla zwierząt i letniej kuchni. Często budowano też niewielką kuźnię. Budowano różne magazyny dla składowania zboża, mięsa, ryb i odzieży. Ilość składzików odpowiadała stanowi majątkowemu gospodarzy i wielkości gospodarstwa. Kamienne murki wzdłuż uliczek i oddzielające od siebie poszczególne gospodarstwa liczą sobie 200 lat. Początki osady Koguta sięgają 1532 r., kiedy mistrz krajowy Zakonu Inflanckiego Walter von Plettenberg przekazał gospodarstwo o powierzchni 2,5 roli niejakiemu Hanske, jednemu z przodków Juhana Smuula. Dziś w zabudowaniach mieszkalnych Juhana Smuula urządzono muzeum. W latach 1930. wioskę zamieszkiwało ponad 150 osób, z których ponad 100 nosiło nazwisko Smuul. Należy pamiętać, że wioska jest nadal zamieszkana. Najstarszym budynkiem w wiosce jest składzik rodziny Andrus z 1702 r. Północna jego część powstała przed podziałem gospodarstwa Andruse i Tõnise, w czasach gdy zboże żęto jedynie za pomocą sierpów. Część składziku w zagrodzie Laasu powstała w 1776 r.. Najstarsza za część zabudowań gospodarstwa Tõnise pochodzi z 1778 r. Ówcześni mieszkańcy w doskonałym stopniu posiedli sztukę obróbki drewna – belki użyte do budowy zagród do dziś pozostają nienaruszone. W wiosce znajduje się również szereg zabudowań z kamienia, spośród których warto wymienić zagrody rodziny Sumari (1899), Välja (1905) i Vanatoa (1910). Na wyspie Muhu niezamężne dziewczęta zwykły spać w składzikach na odzież, więc to dla nich budowano specjalne „stodoły do spania”. Budynki te miały podłogę z desek i większe okna.
Z Koguvy kierujemy się z powrotem do głównej szosy, która zmierza ku grobli prowadzącej na wyspę Saaremaa. Po obu stronach grobli gęste trzciny, widok do złudzenia przypominający Mazury. A toż to przecie Bałtyk moi państwo, Bałtyk. Jedziemy przed siebie główną szosą do Kaali. Grobla łącząca wyspy Muhu i Saaremaa Komunikacja morska pomiędzy wyspami zawsze stwarzała trudności i uzależniona była od warunków pogodowych. Transport promowy pomiędzy Muhu i Saarem zapoczątkowano w XVII w. Wykorzystywano do tego celu płaskodenne jednomasztowce łodzie z otwartym pokładem i napędzane trzema parami wioseł. Załoga składała się z 7-10 wioślarzy i kapitana. Początkowo powstały przystanie w Koguva i Maasi, później w Vahtna i Orissaare. Zimą pokonywano Małą Cieśninę saniami zaprzężonymi w konie. W połowie XIX w. landtag prowincji Saaremaa i generalny gubernator Inflant podjęli decyzję o budowie grobli łączącej wyspy Muhu i Saaremaa poprzez Małą Cieśninę. Entuzjastą pomysłu był nauczyciel szkolny i kantor z wyspy Muhu Carl Wilhelm Freundlich (1803–1872). Od niego uzyskano drewno niezbędne do budowy swoistego płotu wskazującego na możliwość budowy kamiennej grobli. Już w 1892 r. wyznaczono trasę przyszłej grobli umieszczając na płyciźnie znaki orientacyjne. Kamień węgielny pod groblę położono w 1894 r. i jeszcze tego samego roku rozpoczęły się prace budowlane. Grobla była wznoszona z obu końców jednocześnie. Pracami kierował inżynier Nasarov, który jednocześnie odpowiadał za budowę portu w Roomassaare koło Kuresaare. Głazy układano bezpośrednio na gałęziach powiązanych w wiązki, co pozwalało uniknąć zagłębienia się kamieni w gliniaste dno cieśniny. Lokalni mieszkańcy dowozili głazy swoimi łódkami, a ponieważ byli oni opłacani za ilość materiału budowlanego, prace postępowały szybciej niż zakładał to harmonogram. Grobla została ukończona i oddana do użytku 27 lipca 1896 r. Uroczystości z tej okazji zgromadziły nie tylko okoliczna ludność, ale i notabli za całej prowincji. Raczył przybyć generalny gubernator Inflant Vladimir Suvortsev, komisarz ds. spraw chłopstwa na wyspie Saaremaa Jossif Kasstski, patriarcha Aleksandr Kudrjatscev. Wygłoszono wiele przemówień, a uroczystości zakończyły się obiadem dla dostojnych gości w dworze Kuivastu. Dla robotników urządzono osobne przyjęcie w okolicznych domach. Przy wjeździe na groblę zbudowano tawernę i domek dozorcy. Oba budynki zostały zniszczone podczas II wojny światowej, a w tym miejscu stoi obecnie pomnik Matki rozpaczającej dłuta Kalju Reitera poświęcony żołnierzom sowieckim poległym na brzegu Małej Cieśniny podczas wojny. Grobla była wielokrotnie remontowana po uszkodzeniach spowodowanych sztormami i oblodzeniem. Fragmenty grobli zostały wysadzone w 1941 i 1944 r. przez oddziały niemieckie i sowieckie podczas działań wojennych. W 1960 r. droga prowadząca groblą została poszerzona i wyasfaltowana. Grobla odgrywa istotną rolę w komunikacji, ale jednocześnie ma negatywny wpływ na ekologiczną sytuacje w Małej Cieśninie. Zmniejszyła się tam liczebność ryb (grobla stanęła na szlaku wędrówki ryb na tarło) a jakość życia organizmów morskich pogorszyła się ze względu na brak naturalnej wymiany wód. Grobla otoczona jest szuwarami, w których zatrzymuje się wiele gatunków ptaków migrujących.
W osadzie Kaali zatrzymujemy się na parkingu przed zajazdem i centrum informacji turystycznej. Kupujemy mapy i foldery poświęcone przede wszystkim lokalnej unikatowej atrakcji – zespole kilku kraterów powstałych od uderzenia meteorytów. Główny krater robi duże wrażenie, jest to potężna dziura w ziemi wypełniona częściowo wodą. Wokół krateru poprowadzono ścieżkę, ustawiono ławeczki i tablicę informacyjną. Idziemy jeszcze do 2 innych kraterów, jeden z nich znajduje się na krawędzi pól i zagajnika, też jest opatrzony tablicą informacyjną, trzeci zaś krater to ledwie widoczne, zarastające wgłębienie tuż przy drodze prowadzącej przez las. Niektórzy, zamiast wędrować w poszukiwaniu kolejnych kraterów, zanurzyli się w miejscowej bardzo stylowej knajpie z całkiem znośnymi cenami. Kratery meteorytowe w Kaali Kratery meteorytowe w Kaali znajdują się ok. 18 km od Kuresaare, przy drodze prowadzącej do Kuivastu. Ślady uderzenia 30 meteorytów zajmujące teren o kształcie zbliżonym do okręgu odkrył w 1937 r. Ivan Reinvald, ale to J. Kalkun-Kaljuvee już w 1922 r. zasugerował pochodzenie krateru jako miejsca upadku meteorytu. Meteoryty spadły w tym miejscu ok. roku 7500 p.n.e. Największy krater ma średnicę ok. 110 m, wypełniające go jezioro – 30 do 60 m (w zależności od pory roku), a głębokość krateru sięga 16 m. Analiza składu chemicznego wskazuje, że są to meteoryty żelazowe (okrahedrytowe) o zawartości Fe i Ni odpowiednio 91,5% i 8,3%. Wygląd kraterów i miejsca znalezienia meteorytów wskazują, że meteor uderzył w Ziemię pod kątem 45 stopni. Początkowa masa meteoru wynosiła od 400 do 10000 ton, prędkość z jaką wleciał w atmosferę ziemską określa się na 15 do 45 km/s, natomiast przy zderzeniu z powierzchnią Ziemi prędkość odłamków wynosiła od 10 do 20 km/s. Przelatując przez gęste warstwy atmosfery meteor rozgrzał się i rozpadł na deszcz meteorytów na wysokości 5 – 10 km nad powierzchnią Ziemi. W wyniku uderzenia powstał jeden wielki krater i ok. ośmiu mniejszych o średnicy 12 – 40 m i głębokości 1 – 4 m.
W okolicach wioski Murati poszukujemy noclegu, jeździmy długo i uparcie dróżkami polnymi, docierając prawie nad samo morze. W końcu odtrąbiono odwrót, ale wycofując się ma „z góry upatrzone pozycje” znajdujemy miejsce biwakowe ukryte sprytnie w jałowcach. Na terenie kempingu zauważamy wielki namiot typu indiańskie tipi, jest miejsce na ognisko, z w ogóle urokliwie tu i spokojnie. {Co równie ważne obniżono nam cenę o jedną trzecią – tak licznej grupy jeszcze nie goszczono tutaj. (JK)} Miejscowość nazywa się Suure Rootsi (Wielka Szwecja), kemping – bungalowy położone są przy farmie Nuki Puhkemaja. Rozbijamy się między krzewami jałowców, nawet na dróżkach, które mamy nadzieje nie będą używane w nocy. Rozpalamy tradycyjne wieczorne ognisko, ustalamy plan na jutro, a na deser serwuję sobie długą rozmowę z Leifem.
30 lipca, poniedziałek Poranek nader pochmurny, co źle rokuje na pozostałą część dnia. Podziwiamy gniazdo pszczół w jałowcach, zwijamy biwak i ruszamy do stolicy prowincji, największego miasta na wyspie Kuresaare. Po drodze decydujemy się zrobić przystanek na parkingu, aby udać się na spacer piękną aleją dębową w Loode. Niektórzy doszli nią aż na brzeg morza. Dęby w Loode Jest to jedyne miejsce na wyspie Saaremaa, gdzie większość drzew stanowią dęby. Przeciętny wiek drzew wynosi 150 lat, niektóre zaś okazy mają nawet 300 lat. Dęby nie są wysokie, za to rozrośnięte w koronie. Wynika to z szybkiego wzrostu drzew zahamowanego nagle gdy korzenie dotrą do płytko położonej warstwy skalnej. Dęby nie tworzą gęstwiny, rosną w pewnym oddaleniu jeden od drugiego, dzięki czemu pomiędzy nimi znalazło się miejsce dla drobnych brzóz, jarzębin i osik.
I już Kuresaare. Parkujemy obok hotelu w pobliżu portu, ruszamy grupami zwiedzać miasto. Najpierw odwiedzamy potężnie obwarowany zamek otoczony szeroką fosą mającą połączenie z morzem. Zaczyna padać, plątamy się bez celu po mieście odwiedzając losowo wybrane miejsca, zachodzimy następnie do baru na śledzie i solankę. {Nie należę do zwolenników zwiedzania muzealnych wnętrz, ale deszcz mnie do tego nakłonił i muszę powiedzieć, że to był bardzo dobry pomysł, zarówno ze względu na ciekawe wnętrza zamku jak również muzealne ekspozycje. Dwie godziny się szwendałem i wcale nie byłem znużony. Sklepy i knajpę też zdążyłem zaliczyć (JK)} Zmoknięci pakujemy się do autokaru i kierujemy się do Parku Krajobrazowego Vilsandi. Wjeżdżamy dróżką aż pod sam dwór, gdzie jest tablica z przebiegiem szlaków, ale deszcz uniemożliwia nam wędrówkę. Bez zatrzymywania się mijamy też zabytkowy, atrakcyjnie wyglądający kościółek w Kihelkonna. Stąd brukowaną drogą jedziemy 4-5 km przez las do zrujnowanej przystani nad morzem. („Niestety, przy nabrzeżu stoją stare obiekty przetwórni ryb i zdewastowane instalacje do ich transportu bezpośrednio z kutra – opis innego internauty” – z opisu jakiegoś polskiego globtrotera). Ciągle pada, robimy więc tylko szybkie zdjęcia i wracamy. Docieramy nad klif w Veere. Schody drewniane prowadzą na kamienistą plażę, gdzie pracowicie ułożono dziesiątki kopczyków z kamienia. Morze jest stalowoszare, wieje silny wiatr, pada deszcz, pogoda mało zachęca do kontemplacji uroków krajobrazu. Nie zwiedzamy też Piduli, bo leje. Docieramy na półwysep Tagaranna, gdzie znajdujemy nocleg na kempingu Ninase Puhkeküla z drewnianymi bungalowami. Wtłaczamy się po 4 osoby do bungalowu, 2 ambitne załogi lubiące klimaty survivalowe rozstawiają swoje namioty na środku majdanu. Cena noclegu: 400 koron za 4-osobowy bungalow. {Z tym bungalowem to Wojtek mocno przesadził, przypominało to raczej dużą psią budę z jednym piętrowym łóżkiem, w które musiało wpakować się 4 osoby – to się dopiero nazywa integracja. Na szczęście wnętrza chatek były czyściutkie i przytulne. To wcale nie było tanio, ale alternatywą było rozstawianie namiotów na nieodległym polu namiotowym, co prawda pod sosnami ale za to przy wyjącym od morza wietrze i zacinającym deszczu oraz problemem z wjechaniem tam autokaru. Zresztą jego wjazd na nasze miejsce noclegowe wcale nie był rzeczą łatwą i wymagał mistrzowskich umiejętności kierowcy, no ale Kolega prezes Wiesław takie posiadał i byliśmy bez przyczepy. (JK)} Na kempingu jest skromny bar, więc sprawnie degustujemy piwko udając, że niestraszny nam deszcz i nastrój pod zdechłym Azorkiem. Wieczorem wpadają do naszego bungalowu Szwedzi i proponują saunę. Najpierw maszerują z ręcznikami i pod parasolami kobiety (Ania nie chciała dać się ugotować żywcem), potem idę ja z 2 Szwedami i jednym z sympatycznych krajanów. Co za przeżycie, pierwszy raz doświadczam tego, więc wspomnienie o tym wiekopomnym wydarzeniu zapisze się w mej pamięci. Wytrzymuję 20 minut, potem następuje antrakt, polanie wpółżywego mego ciała zimną wodą, spożycie piwa przezornie zabezpieczonego przez Szwedów na tę okazję. Następuje powrót do właściwej sauny, a ja już ledwie żyję, mam przepalone gardło parą, dobrze, że usiadłem obok okna, coś tam od szyby przynajmniej chłodu wpada. Od budynku sauny prowadzi piękna ścieżka na kamienistą plażę, o które tłucze wzburzone morze, ale w tym deszczu odechciewa się nam kąpieli. Ogarniam wzrokiem okolicę w szarówce wieczoru - ileż tu jałowców, otacza nas po prostu gęsta dżungla jałowcowa.
31 lipca, wtorek Pakujemy się rano i w deszczu zaczynamy ewakuację z kempingu. Drogą szutrową zmierzamy do Vohma, potem zaczyna się asfalt aż do Pangi. Deszczyk pokapuje nadal, ale prowadząc ożywione rozmowy w kuluarach autokaru zmierzamy nad wysoki klif w Pandze, gdzie zostawiamy autokar na parkingu i wietrzną dróżką przechodzącą w ścieżkę idziemy wzdłuż klifu. W lesie nad klifem resztki okopów, rowów strzeleckich i stanowisk dla karabinów maszynowych i dział. Są to nader widoczne pozostałości po strategicznie umiejscowionej jednostce sowieckiej. Wysoka wieża obserwacyjna górująca nad okolicą, z której rozciągać się musi znakomity widok, jest niestety zamknięta. Klif Panga Najwyższy klif na wyspie Saaremaa i Muhu znajduje się na północnym wybrzeżu w pobliżu wioski Panga. Należy jechać 19 km drogą Mustjala – Leisi, a następnie skręcić na północ i jechać jeszcze 9 km. Wysokość klifu sięga 21,3 m, a jego długość wynosi ok. 2,5 km. Stojąc nad urwiskiem doskonale widać półkolistą formację skalną otaczającą przybrzeżne wody Bałtyku. Fale załamują się na tej przeszkodzie i na wodach wewnętrznych panuje spokój kontrastujący z wysokimi falami na zewnątrz laguny. Tradycja mówi, że było to święte miejsce ludności pogańskiej zamieszkującej wyspę przed przybyciem chrześcijan. Jeszcze w latach 30. ubiegłego wieku, zwłaszcza w okresie wiosennej równonocy, wylewano duże ilości piwa i wódki do morza, aby zapewnić sobie spokojną żeglugę i dobre połowy. W gminie Mustjala jeszcze dziś znana jest stara pieśń rybacka: „Przyjdź, przyjdź mój dorszu; Złap się na haczyk kochany szaraczku; Moje haki są ze srebra, zanurzone w złocie i wsunięte w ołów”. Nie wiadomo, czy to właśnie w tym miejscu składano na ołtarzu ofiarę z dziewic, ale ostatnia ofiara ze zwierzęcia została złożona w latach 60. ubiegłego wieku. Kołchoz w Mustjala w końcu otrzymał upragnionego i długo wyczekiwanego byka. Zwierzę wypuszczono na pastwisko obok jałówek spokojnie żujących trawę na łące nad klifem. Oszalały z radości byk wiedziony jakimś instynktem swych przodków popędził najkrótszą drogą na krawędź klifu i spadł do morza. Bez wątpienia połowy były tego roku udane…
Przez wioskę Metskula jedziemy do Leisi i portu w Triigi, gdzie chcemy sprawdzić godzinę odpłynięcia promu na sąsiednią wyspę Hiumaa. Okazuje się, że mamy 4 godziny czasu do planowego odpłynięcia promu. Jedziemy więc do wioski Angla, gdzie znajduje się intrygujące zgromadzenie kilku wiatraków. W jednym z nich urządzono sklepik z pamiątkami tudzież niewielki barek. W pobliżu znajduje się stara zagroda rybacka, na jej podwórzu ustawiono mnóstwo elementów architektury drewnianej. Zaczyna się rozpogadzać, co cała nasza ekipa wita z entuzjazmem. Na mnie większe wrażenie niż zbiorowisko wiatraków (przyznam szczerze, że w stosunku do oczekiwań bardzo mnie rozczarowały) zrobił kucyk chowający się przed zacinającym deszczem i zimnym wiatrem pod ustawioną częścią rybackiej łodzi. Zaliczam się ogólnie do miłośników zwierząt, choć koni umiarkowanie, ale muszę przyznać, że na pysku zwierzęcia malowała się wyraźna pogarda (chyba do tych co go w tym miejscu uwiązali ?) połączona z cierpieniem i pogodzeniem się z losem oraz z poczuciem wyższości w stosunku do fotografujących go gapiów. Przybrał nawet na krótko ciekawe pozy z malującą się w oczach zachętą: fotografujcie głupki. Jak już wyciągnąłem aparat, to zakończył przedstawienie i nie miał zamiaru go powtórzyć, z czego był wyraźnie kontent. Jakie bogate życie wewnętrzne mogą mieć zwierzęta. Angla Wiatraki znajdują się przy drodze szutrowej Upa – Leisi. W przeszłości, każdy wiatrak znajdował się na osobnym wzgórzu. W 1925 r. w Angli było 13 gospodarstw i 9 wiatraków, z których do naszych czasów przetrwało pięć. Cztery z wiatraków przedstawia sobą typ saaremski. Należy zwrócić uwagę na długi wystający drąg pozwalający ustawić wiatrak zgodnie z kierunkiem wiatru. Największym wiatrakiem na wzgórzu jest ośmioboczny drewniany wiatrak typu holenderskiego. Oryginalne jednak wiatraki tego typu w Holandii były jednak budowane z kamienia.
Mamy jeszcze nieco czasu, dajemy się więc do pobliskiej wioski Karja – tamtejszy kościół zwiedzamy wewnątrz i zewnątrz Wracamy następnie do Leisi, tam jest knajpa i centrum informacji turystycznej, w którym zaopatrujemy się w foldery i mapy. Wracamy do Triigi, obchodzimy niespiesznym krokiem nabrzeże portowe, podziwiamy zabudowania rybackie. Morze wygląda tu jak jezioro - szuwary, trzcina, zero fal, landszaft z łódkami rybackimi w tle, domki rybackie, łąki... Kościół w Karja Dwunawowy kościół w Karja położony jest w odległości ok. 3 km od Angli, przy drodze w kierunku wioski Kokila. Jest to najmniejszy średniowieczny kościół na wyspie Saaremaa pochodzący z XIV w. Budynek jest wysoko ceniony ze względu na liczne oryginalne ozdoby gotyckie. Zachowały się w nim fragmenty średniowiecznych fresków; na suficie chóru znajduje się kilka tajemniczych symboli, takich jak trójnożny triskelion, diabeł spoglądający sobie między nogi i pentagram. W kościele umieszczono również rzeźby ilustrujące legendy związane ze św. Katarzyną (od której wezwaniem konsekrowano świątynię) i św. Mikołaja w towarzystwie trzech panien i worka ze złotem. Zewnętrzny wschodni portal przedstawia scenę Jezusa w towarzystwie dwóch złodziei, Duszę uchodzącą z ust dobrego złodzieja przejmuje anioł; duszę zaś jego złego towarzysza – diabeł. Ambona pochodzi z XVII w., a neogotycki ołtarz z XIX w. Kościół był wznoszony przez lokalnych mieszkańców, ale widać tu ślady działalności majstrów i architektów z Niemiec i Szwecji, którzy wykorzystywali wzorce architektoniczne z Francji. Nietypowym elementem kościoła w Karja jest kominek umieszczony nad zakrystią. Na poddaszu znajduje się kolejny kominek. Być może to ślad po pielgrzymach, którzy w tym miejscu odpoczywali po podróży z Niemiec przez Skandynawię i wyspę Gotlandię do Inflant. Być może taka funkcja kościoła wymusiła zastosowanie wielu elementów dekoracyjnych, w tym fresków na ścianach chóru. W świątyni jest niewielka chrzcielnica z XIV w. i krucyfiks na ołtarzu z końca XV w. Renesansową ambonę wyrzeźbił B. Raschky w 1638 r.
Czekamy cierpliwie na prom, który pojawia się pół godziny przed planowanym odpłynięciem. Wraz z nami podróżuje kilka samochodów i motocykli. Odpływamy punktualnie o godz. 13.30, cena - 20 korony za osobę. Płynie się 1 godz. 15 min, podczas rejsu widać obie wyspy naraz (Saaremaa i Hiumaa) i wysokie klify Pangi. Dopływamy do portu Sõru, skąd kierujemy się na wschód. Po drodze widać kolejne drewniane wiatraki. Sõru Port w Sõru leży nad cieśniną Soela na południowym wybrzeżu wyspy Hiiumaa może przyjmować statki o długości do 40 m i zanurzeniu do 3 m. Prawdopodobnie już 500 – 600 lat temu istniała tu przystań dla łódek i niewielkich jednomasztowców. Pierwsze dokumenty pisane pochodzą z roku 1980, kiedy powstał plan budowy przystani dla statku straży ochrony wybrzeża (jalik). Projekt zrealizowano w latach 1895 – 1896. W 1917 po raz kolejny rozbudowano port, a w 1918 r. Niemcy doprowadzili do niego kolejkę wąskotorową. Po zajęciu Estonii przez Sowietów, port w Sõru podupadł ze względu na obostrzenia graniczne wprowadzone przez nowe władze. Po odzyskaniu niepodległości przez Estonię, port przebudowano, a 19 maja 1999 r. uruchomiono regularną żeglugę pasażerską na trasie Sõru – Triigi.
Docieramy do Orjaku. Zatrzymujemy się na niewielkim parkingu i ścieżką turystyczną udajemy się ku wieży widokowej służącej również do obserwacji ptaków. Umieszczono w niej tablice informacyjne, a z górnego podestu rozciąga się ciekawy widok na morze i zatoki wyglądające jak jeziora. Orjaku To niewielka, ale dynamicznie rozwijająca się osada turystyczna z własnym portem, ścieżką przyrodniczą i wieżą do obserwacji ptaków. Wymieniona po raz pierwszy, podobnie jak Sõru, w dokumencie o podziale wyspy Hiiumaa w 1254 r. Wieża obserwacyjna o nieco orientalnych kształtach jest widoczna z daleka. Obok znajduje się niewielka latarnia morska. Ścieżka przyrodnicza długości 1,5 km powstała w 1995 r. Prowadzi od wieży wzdłuż wybrzeża zatoki Käina. Z wieży otwiera się piękna panorama na zatokę Käina i rezerwat Kassari obejmujący 2572 ha na lądzie i 950 ha powierzchni zatoki. Zatoka stanowi raczej jezioro, na którym znajdują się 23 wyspy. Poziom wody w zatoce jest niski, a brzegi podmokłe. Okoliczne błota zaczęły się tworzyć 2000 lat temu, a ich właściwości lecznicze przypominają właściwości błota używanego w zakładach leczniczych w Haapsalu. mimo, że lecznicze błoto po raz pierwszy wykorzystano w szpitalu Selja już w 1897 r., to jednak do dzisiaj Hiiumaa nie doczekała się własnego sanatorium. Z każdym jednak rokiem rośnie zainteresowanie błotem pochodzącym z tej właśnie wyspy, które jest stosowane w kąpielach błotnych w Haapsalu. W czasie migracji ptaków na okolicznych łąkach ląduje do 20 tysięcy kaczek. Spotkać tu można kormorany (o czym świadczą drzewa na wyspie pokryte grubą warstwą guana), szablodzioby i wąsatki. Gniazduje tu też para orłów morskich. Po drugiej stronie drogi widać zabudowania wioski i zatokę Jausa z niewielkim portem morskim. Na dolnym podeście wieży obserwacyjnej umieszczono tablice opisujące widok na okolicę.
Na nocleg udajemy się w kierunku półwyspu Orjakusaar. Wybraliśmy się na spacer urokliwą dróżką na sam kraniec przylądka Sääretirp. Po drodze znajduje się tu wieża widokowa. Idąc dalej dochodzę do kamiennej piramidy. Wąska kamienista grobla wcina się w morze, można nią iść jeszcze 200-300 metrów po kostki w wodzie łachą kamienisto-piaskową z rosnącą na niej roślinnością. Zaiste ciekawy to widok. Na przylądku spotykam samotnego rowerzystę, Fina. {Fin był chyba samotnikiem z natury i swojej nacji, gdyż pojawienie się w krótkim odstępie czasu 40 osób z naszej grupy w tym uroczym zakątku wprawiło go w nie najlepszy nastrój, czemu dał wyraz ustawiając swój rower w sposób psujący fotograficzne ujęcie i był bardzo niezadowolony, gdy sugerowałem mu zmianę ustawienia jego mocno już sfatygowanego i archaicznego pojazdu. Dał tego wyraz oddalając się ze złym wyrazem twarzy i pchając przed sobą rower kamienistą ścieżką. (JK)} Wracam drugą stroną półwyspu, gdzie rosną piękne jałowce. Znajduję WC w atrakcyjnych, ładnych drewnianych budkach krytych strzechą. Wieczorem gubi się nam jeden ze spacerowiczów, pomyliły mu się wybrzeża i nie trafił przed zmrokiem do obozowiska. Pojawia się zmotoryzowany Estończyk i żąda od nas 500 koron za nocleg. {Początkowo powiedział, że według cennika umieszczonego przy wjeździe na półwysep powinniśmy zapłacić 1000, no ale był wyraźnie zaskoczony licznością naszej grupy i sam zaproponował kwotę o połowę niższą. (JK)} Płacimy mu i mamy spokój. Przylądek Sääretirp Jest to oryginalna nazwa części półwyspu zwanego też Orjaku lub inaczej Kassari säär. Już na parkingu położonym w odległości ok. 3 km od głównej szosy powita nas wielkolud Leiger, który buduje groblę (zgodnie z legendą). Już samo dotarcie na przylądek wąską i krętą dróżką wśród wysokich jałowców, może być wspaniałą przygodą. Wokół pola kapusty morskiej, kępy wiciokrzewów, olszy czarnej, kruszyny i żurawin.
Legendy i opowieści ludowe Olbrzym Leiger, który przybył na Hiiumeę z Saaremy był znany ze swojej wspaniałej sauny i wielkich główek kapusty, którą hodował na swoim polu. To właśnie te zalety sprawiały, że jego krewny Suur Tõll z Saaremy odwiedzał go tak często, jak tylko mógł. Wszyscy wiedzieli, że Suur Tõll nie lubił moczyć nóg, więc Leiger zaproponował budowę grobli łączącej obie wyspy. Zgromadzili obaj wiele głazów, które stworzyły długą groblę, która jednak okazała się za krótka i nie sięgnęła Saarem. Nie wiadomo dlaczego nie ukończyli swojego dzieła, lecz wydaje się że przyczyna mogły być nieporozumienia między olbrzymami. Początek grobli jednak już jest – to wspaniały przylądek Sääretirp.
1 sierpnia, środa Rano wita nas piękna pogoda, co przyspiesza proces przenikania z wnętrza namiotu na zewnątrz. Wyjeżdżamy o godz. 8.30 i jedziemy do Suuremõisa, gdzie zatrzymujemy się celem zwiedzenia pięknego pałacu i zabudowań gospodarczych. Obecnie mieści się tu szkoła podstawowa i technikum. Przed pałacem zauważamy grupę niepełnosprawnej młodzieży pochłoniętą malowaniem obrazów w ramach warsztatów malarskich. Pałac w Suuremõisa Do końca XIX w. wyspa Hiiumaa była podzielona na posiadłości należące do wielu właścicieli. Szlachta posiadała pola, lasy, wioski wraz z mieszkającymi tam chłopami. Taki stan utrzymał się w Estonii dłużej niż w innych krajach europejskich. Właściciel posiadłości miał nieograniczoną władzę nad swoimi chłopami. Aż do połowy XIX w. obowiązywało tu np. tzw. prawo pierwszej nocy. Najbardziej wpływowym rodem szlacheckim był ród baronów von Ungern-Sternberg, który od dawna kojarzono z pałacem i majątkiem Suuremõisa, zapominając że nie byli oni pierwszymi jego właścicielami. W 1563 r., w czasie wojny o Inflanty, Estonię opanowały wojska szwedzkie. Administratorem Estonii został Jakob de la Gardie (1583-1652), który nabył również całą wyspę Hiiumaa. Rozpoczął on działalność handlową i rolniczą w swoich majątkach, w tym w Suuremõisa (pol. Wielki Dwór), zwanym wcześniej Grossenhof. Jego potomkowie kontynuowali tę działalność aż do wybuchu Wojny Północnej z Rosją ok. 1710 r. W tym czasie Rosja przejęła panowanie nad wyspą i włączyła ją w swoje struktury administracyjne. Taka sytuacja utrzymała się aż do 1755 r., kiedy to prawnuczka Jakoba de la Gardie porozumiała się z władzami rosyjskimi, które zwróciły jej majątek przodka. Była to Ebba-Margeretha Stenbock (1704-1775), wdowa z ok. tuzinem dzieci, której mauzoleum znajduje się przy kościele w Pühalepa. Udało jej się z pomocą rodziny odbudować siedzibę rodu i przywrócić świetność całej posiadłości. Zaczęła od zbudowania wspaniałego pałacu w latach 1755-1760. Był to wtedy jeden z najpiękniejszych pałaców w tej części Europy. Nawet dzisiaj widok z kamiennego tarasu przed budynkiem robi wielkie wrażenie. Kiedyś taras był udekorowany posągami i gazonami z kwiatami. W rozległym parku posadzono wiele egzotycznych gatunków drzew. Z tarasu widać dwa spośród siedmiu stawów, w których hodowano pstrągi, karpie, a nawet złote rybki. Kiedyś park sięgał aż do morza, odległego stąd ok. 4 km. Pałac został zbudowany z bloków wapiennych i granitowych w stylu późnego baroku i nadal pokryty jest oryginalną czerwoną dachówką. Zaniedbane otoczenie jeszcze dziś każe się domyślać jak to miejsce wyglądało w czasach swojej świetności. Prawdziwe skarby czekają jednak za głównymi drzwiami wejściowymi. Od razu rzucają się w oczy oryginalna klatka schodowa z krętymi dwubiegowymi schodami wykonanymi z dębu. Brakuje tylko oryginalnego dywanu, który pierwotnie pokrywał schody. Pałac należący wcześniej do zadłużonego Pontusa Stenbocka (1744-1824) został sprzedany baronowi Otto Reinholdowi Ludwigowi von Ungern-Sternberg w 1796 r. Baron był Niemcem bałtyckim, który przekształcił majątek Suuremõisa w centrum administracyjne spółki żeglugowej i ratownictwa morskiego. Gdy po raz pierwszy przybył na wyspę, zakupił majątek Korgessaare w 1781 r. położony nieco na północny-wschód od Suuremõisa. Stał się też właścicielem wszystkich nieruchomości opuszczonych przez Szwedów w wyniku deportacji w tymże samym roku. Później, w 1799 r. nabył też majątek Putkaste na południu i stał się największym posiadaczem ziemskim na wyspie. Baron rozbudował również i zmodernizował port Suursadam leżący na północny-wschód od Suuremõisa. Baron był nieszczęśliwą postacią, jego najstarszy syn popełnił samobójstwo. Baron był jednocześnie uwielbiany i znienawidzony przez okoliczna ludność. Wniósł wielki wkład w rozwój gospodarczy okolicy, ale potrafił też być bardzo okrutny. Jego kariera rozwijała się z powodzeniem aż do 1803 r., kiedy to miał miejsce nieszczęśliwy wypadek. Jeden z kapitanów statków należących do barona nazwiskiem Carl Malm wrócił właśnie z wyprawy morskiej spóźniony kilka tygodni i pijany odwiedził barona. Ungern-Sternberg oskarżył go o działalność na własną rękę, co wywołało sprzeciw kapitana i doprowadziło do poważnej sprzeczki, w czasie której baron zabił żeglarza. Na powierzchni drewnianej podłogi w pomieszczeniu biurowym nadal można oglądać czerwona plamę, o której mówi się, że to krew zabitego kapitana. Gdy wieść o zabójstwie dotarła do władz rosyjskich, Ungern-Sternberg został wezwany na stały ląd w celu złożenia zeznań. Chociaż bronił się argumentem o obronie koniecznej, i tak został skazany na więzienie. W wyniku interwencji rodziny, baronowi zamieniono wyrok więzienia na zesłanie na Syberię. Dożył on tam wieku 67 lat i zmarł w 1811 r. Nie jest znane dokładne miejsce pochówku barona, ale być może kiedyś jego szczątki wrócą na ukochana przez niego wyspę. Ród von Ungern-Sternberg odgrywał pewną role na wyspie przez kolejne 140 lat. Ostatni z rodu, Evald Adam Gustav Paul von Ungern-Sternberg zmarł nieoczekiwanie w 1909 r. bezpotomnie. Większość bogatych zbiorów i ruchomości znajdujących się w pałacu została sprzedana lub skradziona podczas pierwszej wojny światowej. Po powstaniu niepodległej Estonii w części pomieszczeń pałacu urządzono szkołę, ale pozostałe pozostawiono ostatnim bezdzietnym przedstawicielom rodu von Ungern-Sternberg, Helenie i Klausowi. Historia krwawego barona mogłaby się na tym skończyć, gdyby nie to, że wiele osób słyszało podobno jego kroki na drewnianych podłogach w pałacu. Słyszano również dźwięki fortepianu dochodzące z zamkniętego, nieużywanego pomieszczenia. Najciekawsze świadectwa obecności barona pochodzą od nauczycieli technikum, które zajmuje obecnie pomieszczenia pałacowe. Poza tym istnieje przekonujące zeznania dwóch elektryków remontujących instalacje elektryczną w pałacu. Ich opowieść jest o tyle warta wzmianki, że nie wiedzieli nic o rodzie von Ungern-Sternberg i nie znali historii pałacu. Tych dwóch robotników wspięło się po drabinie pod sufit sali na piętrze i zaczęło naprawiać instalację elektryczną. Nagle usłyszeli dźwięki, jakby ktoś wspinał się za nimi po drabinie. Spojrzeli w dół, ale nie zauważyli nikogo. Wrócili do pracy, ale po chwili usłyszeli kroki oddalające się od drabiny. Byli nieco wystraszeni, gdyż pora była nocna i w pomieszczeniach pałacu nie było poza nimi żadnej innej osoby. Ponownie zabrali się za pracę, kiedy usłyszeli wyraźne głosy. Przypominały one sprzeczkę dwóch mężczyzn. Zeszli z drabiny, aby zbadać sytuację. Podążali za głosami, aż znaleźli się w pomieszczeniu, a którego one dochodziły. Drzwi były zamknięte, więc robotnicy przez chwile podsłuchiwali, ale rozmowa była prowadzona w obcym języku. Kiedy jeden z robotników nacisnął klamkę, głosy ucichły. Po kilku minutach robotnicy wrócili do pracy. Następnego dnia opowiedzieli o wszystkim majstrowi, którym był mieszkaniec pobliskiej wsi. Kazał on zaprowadzić się do pomieszczenia, skąd dobiegały tajemnicze glosy. Okazało się, że był to pokój, w którym baron von Ungern-Sternberg zabił kapitana Malma!
Legendy Z majątkiem związanych jest szereg legend. Wiele osób widywało tu duchy lub słyszało ich głosy, szczególnie nocą. Dawno temu, kiedy w pałacu zamieszkiwali jeszcze Stenbockowie i pastor Chalenius (1741-1776), sytuacja wymknęła się spod kontroli. Stary diabeł Nick zasiadał czasem do stołu i grał w karty bez wiedzy właścicieli. Starzy ludzie mówią też, że diabeł zażądał dla siebie pałacu po jego zbudowaniu. Właściciele nie zgodzili się na to i szatan nawiedzał w nocy pokoje budynku. W końcu pastor był zmuszony odprawić egzorcyzmy. Przybył w tym celu do pałacu, położył się na sofie w pomieszczeniu nawiedzanym przez diabły i przeciął jabłko na dwie połówki. Położył jedną połówkę na stole, a drugą na swojej piersi. Pastor widział jak połówka jabłka ze stołu łączy się z połówka na jego piersi, co oznaczało obecność Złego. Zaczął więc wtedy recytować słowa modlitwy używanej podczas egzorcyzmów. Po skończeniu trzykrotnie uczynił znak krzyż w drzwiach pomieszczenia i odmówił siedem razy modlitwę przy każdym z okien. Wszystkie szpary i pęknięcia w ścianach zostały przeżegnane znakiem krzyża i diabeł został wygnany. Stary Nick wrócił wtedy do swojej kuźni w Kallaste, z której później wygnały go miejscowe wieśniaczki.
Mamy 1,5 godziny wolnego czasu, spacerujemy po wiosce, docieramy do kościółka w Pühalepa ze znajdującymi się w pobliżu grobami właścicieli hrabiów von Ungern-Sternberg. W zabudowaniach gospodarczych otwarto kawiarenkę z dostępem do Internetu. Sprawdzamy prognozę pogody, zapowiadają się słoneczne dni. Jeszcze uskuteczniamy wypad do sklepu po zaopatrzenie i jesteśmy gotowi do odjazdu. Kościół w Pühalepa W tym miejscu znajdował się kiedyś drewniany kościółek. Nie jest znana data jego budowy, ale musiało to być przed XIII w., kiedy te tereny zostały schrystianizowane przez skandynawskich najeźdźców. Miejsce wybierane pod kościół było zwykle od dawna czczone jako święte w czasach pogańskich. Nazwa "Pühalepa" oznacza w języku estońskim “święta olszyna” i oznacza gaj olchowy, gdzie odprawiano pogańskie rytuały. Po podbiciu i schrystianizowaniu tych ziem przez rycerzy Zakonu Kawalerów Mieczowych (później Zakonu Inflanckiego), miejscowa ludność przekonała ich o konieczności zbudowania kościoła w tym właśnie świętym gaju, gdyż ludzie byli przyzwyczajeni do tego miejsca. Działo się to ok. 1270 r. Pod koniec XIII w. drewniany kościółek spłonął i na jego fundamentach zbudowano obecny, kamienny. Jest to najstarszy kościół na wyspie. Kościół wiele razy był niszczony i przebudowywany. Ostatnia poważna przebudowa miała miejsce w połowie XVIII w., kiedy to dodano potężną dzwonnicę. Na ścianie chóru wbudowano jeden z krzyży konsekracyjnych. Kościół był budowlą obronną. Zachowało się przejście na poddasze. Świątynię konsekrowano pod wezwaniem św. Wawrzyńca. Podczas wojny o Inflanty kościół splądrowano, ale odbudowano już pod koniec XVII w. Mówi się, że spoczął tu szkocki admirał Clayton, który zmarł na dżumę w 1603 r. na wyspie. Na początku XVII w. kościół splądrowali Duńczycy. W 1636 r. właściciele majątku Hiiessaaare (Gentschien) ufundowali okazałą kamienną ambonę (rzadkość w Estonii), nabywając w ten sposób prawo do pochówku w krypcie pod chórem. Ich nagrobek stoi do dzisiaj w południowej niszy chóru. Ambonę wykonał rzeźbiarz Joachim Winter w 1636 r. Wznoszenie wieży rozpoczęto w 1770 r. (taka data widnieje nad wejściem) i ukończono ją w drugiej połowie XIX w. wieńcząc ją hełmem w 1874 r. Wieża była doskonale widoczna dla żeglarzy na morzu, wskazując im drogę na wyspę. W latach 1860-1863 kościół przebudowano po raz kolejny celem zwiększenia jego pojemności. Podwyższono ściany i wieżę, wykuto okna na północnej ścianie, gdzie dotychczas ich brakowało. Szereg okien w stylu neogotyckim po południowej stronie rozświetliło wnętrze. Prawdopodobnie w tym czasie na ścianach nawy namalowano krzyże maltańskie (niektórzy członkowie rodu Ungern-Sternberg należeli do Zakonu Maltańskiego). W czasach sowieckich kościół był zamknięty dla wiernych, a jego wnętrze służyło za magazyn zboża. Wyposażenie świątyni zostało rozkradzione, a cenne organy uszkodzono na tyle poważnie, że ich naprawa okazała się niemożliwa. Dopiero po odzyskaniu niepodległości przez Estonię, z pomocą finansowa Kościoła fińskiego, udało się wyremontować budynek w 1991 r. W pobliżu znajduje się skromne mauzoleum ze szczątkami Ebby-Margerethy Stenbock, bogatej właścicielki licznych włości na wyspie w XVIII w. Ciekawym elementem są niewielkie drzwi z prawej strony kościoła. Dawnymi czasy kobiety nie mogły wchodzić do świątyni głównymi drzwiami, więc korzystały z bocznych. Za tymi drzwiami znajdowały się schody prowadzące pod dach świątyni, gdzie w czasie zagrożenia atakiem składowano zapasy żywności i wody. Po zawarciu drzwi mieszkańcy zgromadzeni w kościele czekali, aż niebezpieczeństwo minie. Cmentarz przykościelny ma wielowiekową historię. Chociaż wiele nagrobków zaginęło lub zostało zniszczonych, to przetrwały uszkodzone nagrobki z krzyżem słonecznym charakterystyczne dla epoki Renesansu. Na niektórych nagrobkach, szczególnie tych należących do rodziny Ungern-Sternberg, znajdują się napisy w języku niemieckim. Pochowani są tu: 1. Ebba-Margaretha Stenbock(1704-1775) 2. Evald Adam Gustav Paul Konstantin Ungern-Sternberg (1863-1909) 3. Adele Juliana Euphrosine Marie Ungern-Sternberg (1824-1899) 4. Wilhelmine Charlotte Ungern-Sternberg (z domu Strandmann) (1785-1813) 5. Peter Ludwig Konstantin Ungern-Sternberg (1779-1836) 6. Charlotte Helene Elisabeth Ungern-Sternberg (z domu Below) (1796-1850) Spoczywają tu również liczni pastorowie i żeglarze.
Legendy Według legendy, budowa kościoła nie przebiegała bezproblemowo. Wszystko to, co wykonano jednego dnia, następnego było niszczone (historia prawdopodobnie dotyczy drewnianej świątyni). Okoliczna ludność oskarżała o to diabła, lub jego ziemskich pomocników. Zdecydowano się więc wybrać inne miejsce dla boskiej świątyni i wykorzystano do tego celu parę czarnych wołów, gdyż wierzono, że zwierzęta są bardziej posłuszne Bogu niż ludzie. Kościół miał powstać tam, dokąd woły zaciągną kamienne płyty. Taki właśnie kamień znajduje się do dzisiaj w zaroślach obok wejścia do świątyni. Inna legenda powiada, że to sami ludzie pachnącym sianem kusili zwierzęta, aby doszły w określone miejsce. Nie wiadomo więc, gdzie tkwi prawda. Chociaż sama bryła kościoła wzbudza szacunek swoja wielkością, wejście do niego jest bardzo niskie. Wielkolud Leiger musiał się czołgać, aby wejść do kościoła, dlatego był w nim nader rzadkim gościem. Inna legenda mówi, że wielkolud Leiger i diabeł byli przeciwni budowie świątyni na wyspie Hiiumaa. Obaj próbowali zapobiec budowie rzucając w jej kierunku ogromnymi głazami z odległości wielu kilometrów. Na szczęście, żaden z głazów nie trafił w świątynię. Najbliższy z nich jest widoczny ok. 300 m na północ od kościoła. Okoliczna ludność nazywa go Diabelskim Kamieniem. Na wyspie można znaleźć wiele potężnych głazów, które zdaniem mieszkańców były kiedyś rzucane przez wielkoludy. Skupiska głazów świadczą zdaniem ich o mającej się tu rozegrać dawno temu walce gigantów.
Szybki przejazd na prom w porcie Heltermaa, okazuje się, że sporych rozmiarów jednostka zaraz odpływa. To naprawdę spory statek, kilkupiętrowy. Piękna pogoda pozwala nam obserwować port w Heltermaa z wysokości kilku pięter. Rozmawiam z jednym ze Szwedów, okazuje się, że w Szwecji spędza tylko część roku, resztę w Nepalu. Wręcza mi przy tym wizytówkę z adresami obu domów i zachęca do odwiedzin. Może kiedyś… Heltermaa Najważniejszy port na wschodnim wybrzeżu Hiiumy, skąd odpływają promy na stały ląd. Głębokość portu bezpośrednio przy nabrzeżu wynosi 4 m. Cztery razy dziennie odjeżdża autobus do największej osady w okolicy, Kärdla (26 km). Nazwa Heltermaa po raz pierwszy w źródłach pisanych pojawia się w dokumencie lokacyjnym z 1620 r. Miejscowa gospoda cieszyła się dużą popularnością wśród okolicznej ludności przechodzącej na ląd stały po zamarzniętych wodach cieśniny. Tą samą drogą odbywał się transport towarów i poczty. Port zbudowano w drugiej połowie XIX w. Obecnie odprawia się tu 200 tysięcy osób w ciągu roku. Niedaleko, zaledwie 6 km stąd, w osadzie Pühalepa znajduje się najstarszy kościół na wyspie pod wezwaniem św. Wawrzyńca. Uważa się, że jego budowa zaczęła się w XIII w.
Płyniemy ponad godzinę, wpływamy do portu Rohuküla na lądzie stałym. Rohuküla Port Rohuküla znajduje się w gminie Ridala, ok. 9 km od Haapsalu. Nazwa Rokel na określenie przystani po raz pierwszy pojawia się w dokumentach w 1208 r. Osada Rohuküla nosiła później nazwę Rhuesz i została założona w średniowieczu. Jej mieszkańcy byli wolnymi chłopami szwedzkimi. Nazwa Rohuküla wymieniona jest po raz pierwszy w dokumencie z 1524 r. Przez wiele lat z portu wysyłano skały wapienne. Na początku XX w. do portu w Rohuküla doprowadzono odnogę linii kolejowej Tallin – Haapsalu. Władze carskie zbudowały tu port wojenny zniszczony podczas rewolucji w 1917 r. Port odbudowano w 1921 r. i uruchomiono połączenia promowe z okolicznymi wyspami. Po drugiej wojnie światowej port spłonął i został odbudowany częściowo dopiero w 1995 r. Uruchomiono wtedy regularną komunikację pasażerską Rohuküla – Heltermaa i Rohuküla – Vormsi
Przejeżdżamy koło wspaniale prezentujących się ruin pałacu w Ungru. Ruiny pałacu w Ungru Majątek Ungru (niem. Linden lub Lindenhof) wydzielono w 1523 r. z majątku Kiltsi. W 1629 r. król Szwecji Gustaw II Adolf podarował majątek Otto von Ungern-Sternbergowi. Pierwszy dwór powstał w tym miejscu w 1630 r. Sam budynek w stylu barokowym nie robił takiego wrażenia jak otaczający go park, który był uważany za jeden z najpiękniejszych parków dworskich w całej Estonii. Dwór zakupił Magnus de la Gardie w 1830 r. Po jego śmierci majątek kupił Evald Ungern-Sternberg. Tradycja mówi, że jego syn, książę Ewald Adam Gustav Paul Constantin von Ungern-Sternberg odwiedził renesansowy zamek w niemieckim Merseburgu, gdzie zakochał się w córce właściciela. Książę oświadczył się dziewczynie, która nie wyobrażała sobie życia poza pałacem, w którym spędziła dzieciństwo. Ewald Adam obiecał jej wybudować dokładnie taki sam pałac. Uzyskawszy obietnicę, że wybranka wyjdzie za niego dopiero wtedy, gdy pałac będzie gotowy, młody książę wrócił do Estonii i szybko zaczął budowę w 1893 r. W kilka lat konstrukcja pałacu i dachu była gotowa. Wykończenie wnętrz musiało jeszcze trochę potrwać, a kiedy wszystkie prace były już na ukończeniu, nadeszła wiadomość o nagłej śmierci dziewczyny. Książę też poważnie zachorował podczas wyjazdu do Sankt Petersburga w 1908 r., gdzie wkrótce zmarł. Zgodnie z wola księcia, jego ciało przewieziono do Haapsalu pociągiem, a następnie do pałacu, w którym złożono go na ostatnią noc. Został pogrzebany na wyspie Hiiumaa, w grobowcu rodzinnym w Korgessaare. Pałac pozbawiony właściciela zaczął niszczeć, a jego wnętrza były systematycznie rozkradane już w czasie I wojny światowej. W czasach sowieckich obok pałacu zbudowano lotnisko. Miejscowa ludność i żołnierze w poszukiwaniu kosztowności stopniowo rozbierali pałac. Obecni właściciele zobowiązali się zachować pałac w formie trwałej ruiny i uporządkować teren obok. Pałac powstał z miejscowych materiałów i budowany był pod nadzorem mistrza budowlanego A. Saarego. Architektami byli E. Schwartz i P. Shubaneyev. Wejście do budynku znajdowało się w południowo-zachodniej wieży, skąd schody prowadziły do holu z salą balową sąsiadującą z bawialniami, jadalnią, garderobą i salonami. Pierwsze piętro zajmowały pomieszczenia administracyjne. Koszt zbudowania pałacu sięgnął 5 milionów rubli w złocie. Do dzisiaj zachowały się w parku niektóre cenne okazy drzew. Dąb znajdujący się w pobliżu głównej drogi dojazdowej nazywa się dębem Piotra. Zasadził go prawdopodobnie Piotr I. Inna legenda mówi, że po prostu car spożywał posiłek w cieniu tego drzewa. Na drodze prowadzącej od pałacu do Haapsalu zachował się most łukowy z kamienia wapiennego.
Wjeżdżamy do Haapsalu, parkujemy w śródmieściu i zaczynamy zwiedzanie miasta. Ładne to miasteczko, zadbane. Zaczynamy od zamku, a są to właściwie potężne ruiny z dużym dziedzińcem, pośrodku którego postawiono scenę. Można wspiąć się na mury obronne i umieszczoną tam galerią przejść po nich kilkadziesiąt metrów. Haapsalu Najstarsza część Haapsalu powstała na skrawku terenu tworzonym przez archipelag wysepek zaledwie kilkaset lat temu. Ze względu na wszędobylską wodę, Haapsalu zyskało nazwę Wenecji Północy. Miasto otrzymało prawa miejskie w 1279 r. nadane przez Hermanna I, biskupa Saare-Lääne i przez kolejne 300 lat było centrum administracyjnym tej prowincji. Z tego okresu zachował się kompleks obronny będący siedzibą biskupa złożony z niewielkiego zamku i kościoła katedralnego, największej jednonawowej świątyni w krajach bałtyckich. W XIV w. do kościoła dobudowano kaplicę w kształcie rotundy. Co roku w sierpniu w czasie pełni księżyca w oknie kaplicy pojawia się tajemnicza Biała Pani. Legenda głosi, że pewien mnich przemycił do zamku młodą dziewczynę przebraną za chórzystę. Niedługo tajemnica wyszła na jaw i dziewczynę żywcem zamurowano w kaplicy. Wojna o Inflanty (1558-1583) spowodowała upadek rządów biskupich w Haapsalu i rozpoczął się okres rządów namiestników szwedzkich z rodu De la Gardie. Po zakończeniu Wojny Północnej car Piotr I odwiedził miasto w 1715 r. doceniając jego znaczenie jako portu morskiego.
Zamek biskupi w Haapsalu W 1228 r. arcybiskup Rygi założył nową diecezję złożoną z prowincji Läänemaa, Saaremaa i Hiiumaa i wyświęcił na jej biskupa Gotfryda, opata klasztoru cystersów w Dünamünde. Granice diecezji zostały zatwierdzone przez legata papieskiego Wilhelma z Modeny w 1234 r. Pierwotnie siedzibą biskupa była Lihula, skąd przy współpracy z Zakonem Kawalerów Mieczowych została przeniesiona do Vana-Pärnu, która to osada dziesięć lat później została zniszczona przez Litwinów. Za nową siedzibę diecezji obrano Haapsalu, gdzie powstała katedra i rozpoczęto wznoszenie zamku biskupiego. Zamek biskupi w Haapsalu zaliczany jest do największych tego typu średniowiecznych budowli obronnych na terenie obecnej Estonii. Twierdza zajmuje powierzchnię trzech hektarów i jej budowa trwała z przerwami kilka wieków, przy czym architektura budowli zmieniała się wraz z rozwojem sztuki wojennej. Forteca uzyskała swój ostateczny wygląd za rządów biskupa Johannesa IV Kievela (1515-1527). Mury obronne zamku miały grubość od 1,2 do 1,8 m. W czasie Wojny o Inflanty zamek został poważnie uszkodzony, a jego mury i zewnętrzne ufortyfikowane obiekty pozostały w ruinie. Pod koniec XVII w. zamek w Haapsalu został wykreślony z rejestru budowli obronnych w Szwedzkiej Prowincji Estonii. W czasie Wojny Północnej trafił ręce Rosjan. Z rozkazu cara Piotra I pozostałości murów obronnych zostały obniżone do połowy ich oryginalnej wysokości. Od tego czasu potężna niegdyś forteca otoczona murami obronnymi o długości 803 m i wysokości 12 m z wbudowanymi w nie siedmioma basztami stała się malowniczą ruiną. Obecnie w odrestaurowanym zamku mieści się muzeum miejskie, w którym pokazywane są liczne rodzaje broni i amunicji wydobyte podczas wykopalisk tzw. Królewskiej Piwnicy w 1989 r. Broń pochodzi głównie z XV i XVI w. Arkebuzy, halabardy i dzidy były używane jeszcze w drugiej połowie XVI w.
Katedra św. Mikołaja w Haapsalu Katedra św. Mikołaja jest najważniejszym i najcenniejszym pomnikiem historii w mieście. Jest to największy jednonawowy kościół w krajach bałtyckich. Sklepienie kopuły ma wysokość 15,5 m i zajmuje powierzchnię 425 m². Pierwsza wzmianka o świątyni pojawia się w przywileju wydanym przez założyciela miasta Haapsalu biskupa Hermanna. Kościół którego budowę zakończono w 1260 r. należy architektonicznie do okresu przejściowego między stylem romańskim a gotykiem. Styl romański przejawia się ornamentami roślinnymi na głowicy filarów chóru, natomiast ostrołukowe otwory okienne są świadectwami gotyku. Katedra była konsekrowana pod wezwaniem patrona diecezji Saare-Lääne św. Jana Ewangelisty. budowniczy kościoła uwzględnili wiele detali konstrukcyjnych charakterystycznych dla budowli wznoszonych przez zakon cystersów: brak wieży, surowe wnętrze chóru i okno rozetowe nad portalem. W krypcie pod posadzką byli chowani duchowni i szlachetnie urodzeni. Był to w owym czasie kościół katedralny, czyli taki, w którym własny fotel posiadał biskup diecezji Saare-Lääne i gdzie odbywały się spotkania rady biskupiej. W latach 1297-1302 Haapsalu było okupowane przez wojska Zakonu, a jego mistrz Bruno kazał wykuć otwory strzelnicze pod sklepieniem. Podczas Wojny o Inflanty (1558-1583), gdy Estonia stała się częścią luterańskiego Królestwa Szwecji, świątynię przekształcono w zbór kongregacji luterańskiej i nazwano kościołem zamkowym. W 1625 r. król Szwecji Gustaw II Adolf sprzedał miasto Haapsalu wraz z zamkiem i okolicznymi majątkami księciu Jakubowi De la Gardie, który zamierzał przebudować zamek. Chociaż z zamierzeń tych niewiele wyszło, to jednak świątynia wzbogaciła się o organy i nowy ołtarz. Z tego okresu pochodzi też chrzcielnica wyrzeźbiona prze Joachima Wintera w 1634 r. W 1726 r. podczas gwałtownej burzy po raz kolejny został uszkodzony dach kościoła, ale władze szwedzkie nie były zainteresowane w naprawie zniszczeń ze względu na malejące znaczenie militarne kompleksu zamkowego. Zgromadzenie luterańskie nie było w stanie podołać odbudowie i przeniosło się do świątyni miejskiej. W XIX w. przystąpiono do zabezpieczania zespołu zamkowego w postaci trwałej ruiny. Do odbudowy kościoła przystąpiono dopiero w połowie XIX w, a prace trwały trzy lata (1886-1889). Zniszczony portal romański zastąpiono wtedy neogotyckim, odsłonięto fragmenty oryginalnych fresków, przeniesiono na zewnątrz płyty nagrobne, itd. 15 października 1889 r. odbyła się pierwsza msza poświęcona św. Mikołajowi. Świątynia była użytkowana tylko w okresie letnim i nie była ogrzewana. Zimą wierni spotykali się na mszy w kościele św. Jana. Podczas sowieckiej okupacji zakazano odprawiania mszy juz w 1940 r. Świątynia została ponownie otwarta po wejściu wojsk niemieckich. Wiosną 1944 r. dokonano tu kilku włamań, a później władze sowieckie rozważały plan przekształcenia świątyni w kryty basen. Ostatecznie nie podjęto żadnych działań i pozostawiono obiekt na pastwę czasu. W 1979 r. podjęto próbę odbudowy świątyni z przeznaczeniem na salę koncertową. Dopiero jednak w 1990 r. przywrócono kościół celom sakralnym i konsekrowano go pod wezwaniem św. Mikołaja. W Dniu Matki w 1992 r. poświęcono ołtarz upamiętniający estońskie matki zabite podczas okupacji sowieckiej. Ołtarz ten przekazał świątyni doctor Heino Noor, którego matkę zesłano na Syberię.
Idziemy promenadą nad morze, odwiedzamy park zdrojowy otaczający budynki uzdrowiskowe, poradnie, pijalnię wód. Dochodzimy do tzw. ławeczki Czajkowskiego, gdzie po naciśnięciu przycisku rozlegają się tony jego utworów. Czajkowski to częsty bywalec Haapsalu, miasta uważanego w carskiej Rosji za uzdrowisko pierwowo sorta. Kontynuujemy spacer promenadą do wieży widokowej, skąd rozciąga się widok na plażę miejską zwaną Afrykańską. Kierujemy się do centrum, gdzie odwiedzamy market i zaopatrujemy się w ryby, piwo, sałatki, coś na ciepło. Spożywamy te wszystkie dary na ławeczce przed blokiem tuż za marketem. Wyjeżdżamy w kierunku Tallina, towarzyszy nam ciągle ładna pogoda. Po dwóch godzinach rozbijamy już namioty nad wodospadem Jägala juga w znanym nam już miejscu, gdzie byliśmy trzy lata wcześniej (relacja z imprezy nr 5a w roku 2004). Mamy mało wody, więc trzeba się przejść do najbliższych zabudowań i nabrać z węża do butelek i pojemników. Zleciała się nas cała gromada sępów, gospodarze byli z lekka zaskoczeni. Nie ma dziś ogniska, brak odpowiedniego miejsca, zresztą za wiele osób tu przyjeżdża wieczorem z Tallina. Kątem oka zauważam, że doprowadzili asfalt do samego parkingu przy wodospadzie, co jest najbardziej widocznym postępem w stosunku do stanu sprzed kilku lat. Sam wodospad jest również nie do poznania – przepływ wody jest mniejszy chyba ze cztery razy niż przed trzema laty, więc wrażenie robi tez dużo mniejsze.
2 sierpnia, czwartek Wczesna pobudka nad wodospadem, zapowiada się ładna pogoda, więc w planie mamy cały dzień w Tallinie. Szybko składamy namioty, pakujemy się w komplecie do autokaru i jedziemy do stolicy Estonii. Gwoli kronikarskiego obowiązku odnotowuję, że przejeżdżamy przez Maardu, przedmieście Tallina z pięknym pałacem, który kilka lat wcześniej mieliśmy okazję obiec dookoła w padającym deszczu (relacja z imprezy nr 5a w roku 2004). Robimy postój w dzielnicy Kadriorg (relacja z imprezy nr 5a w roku 2004), gdzie chętni zwiedzają pałac wybudowany dla cara Piotra I, a my udajemy się piękną aleją przez zadbany park na brzeg morza. Nic się tu nie zmieniło, pomnik ofiar katastrofy okrętu wojennego Rusałka jak stał, tak stoi na bulwarze nadmorskim, przy brzegu wyłania się sterczący z wody ogromny głaz. Jeszcze tylko zachwyt nad cudownym ogrodem kwietnym i sesja zdjęciowa, i już możemy ruszać dalej. Lądujemy na parkingu przy dworcu kolejowym w Tallinie, stąd już tylko krok na Stare Miasto (relacja z imprezy nr 5a w roku 2004. Idziemy w górę - jakby to nie brzmiało intrygująco - do Dolnego Starego Miasta na rozległy plac gdzie oczywiście czeka nas wizyta w centrum informacji turystycznej, w którym zaopatrujemy się w plany i foldery. Wydaje mi się, że zmniejszyła się dostępność bezpłatnych wydawnictw, albo mam już ich część w domu, bo wychodzę tylko z jednym czy dwoma folderami. Plączemy się po Starym Mieście, docieramy stromymi ulicami do kościoła zwanego szwedzkim. Nie przypomina z zewnątrz świątyni, jakoś mi to zatem pasuje do mojego wyobrażenia o surowych zasadach religii protestanckiej. Wnętrze jest równie surowe, aczkolwiek można się dopatrzeć kilku ciekawych akcentów architektonicznych. Nawiązujemy rozmowę ze starszą kobietą, która okazuje się być Estonką, córką uchodźców z tego kraju uciekających do Szwecji przed Sowietami. Informuje nas o skali ucieczek, które realizowane były przy pomocy łódek i wszelkiego innego sprzętu pływającego. Wyposażenie kościoła też wywieziono do Szwecji, gdzie ponad 45 lat cierpliwie czekało na właściwy czas. A czas ten nadszedł wraz z odzyskaniem niepodległości przez Estonię. Kilka razy wcześniej przedstawiciele ZSRR domagali się od rządu szwedzkiego zwrotu cennych skarbów i pamiątek historycznych wywiezionych z terenu Estonii, ale na próżno. Opiekunka kościoła informuje nas, że nabożeństwa niedzielne odbywają się kolejno w języku szwedzkim, fińskim i estońskim. Najcenniejsze elementy wyposażenia kościoła będą wkrótce eksponowane w podziemiach świątyni, które są w tej chwili niedostępne do zwiedzania. Po wyjściu z kościoła natykamy się na naszych szwedzkich kolegów. Informujemy o „ich” świątyni i zachęcamy do odwiedzenia, ale chyba nie wywołaliśmy u nich oczekiwanego pożądania i nie dostrzegliśmy zainteresowania reliktem wiary chrześcijańskiej. Odwiedzamy jeszcze kilka miejsc widokowych na Górnym Starym Mieście, gdzie można sycić oczy panoramą miasta opadającego swymi uliczkami ku nieodległemu portowi, do którego co chwila zawijają wielopiętrowe promy z Helsinek i miast niemieckich. Niektórzy swój drugi pobyt w Tallinie uczcili wchodzeniem na wszystkie możliwe wieże, na które poprzednio wejść nie zdążyli – zwyczajnie warto, bo z każdej jest inny widok, ale wszystkie urokliwe. Pozostaje nierozwiązany temat posiłku obiadopodobnego. Wszak żołądek ludzki (a nie mamy tu na myśli powiedzenia: przez żołądek do serca, o tempora, o mores…) ma też swoje prozaiczne potrzeby. Znając żelazne zasady panujące na starówce tallińskiej (totalna nieosiągalność jakiegokolwiek sklepu spożywczego), udajemy się poza obręb murów miejskich do najbliższego marketu, gdzie zaopatrujemy się w przekąski ciepłe i zimne. Spożycie owych darów następuje na znanej nam ławeczce na zacienionym placyku w pobliżu cerkwi. Na sąsiedniej ławeczce odgrywa się teatr czworga aktorów, czyli skromna impreza rosyjskich marynarzy i tubylczych Rosjanek. Czując respekt przed możliwościami mieszania win musujących z piwem i wódką u naszych słowiańskich sióstr i braci, lekko się dystansujemy, aczkolwiek znajomość języka rosyjskiego pozwala nam zapoznać się z bajecznie prostą komunikacją werbalną towarzystwa. Oczywiście nasi towarzysze biesiady po posiłku nawet nie pomyśleli o wrzuceniu pozostałości zakrapianej uczty do kosza. Odległość jednego metra od ławki do kosza to zbyt wiele dla nich, wszak oznaczałoby to już rzut za trzy punkty. Nie od rzeczy jest tu wspomnieć, że polsko-rosyjskie biesiady odbywały się w ustronnym, aczkolwiek mało fascynującym miejscu, podczas gdy tuż obok znajdują się szerokie planty z pięknymi ławeczkami, na których przesiadują Estończycy popijający coca-colę lub wodę mineralną. Feler tego uroczego terenu polega na braku drzew, co dyskwalifikuje go jako miejsce spożywania kurczaka zawiniętego w tłusty papier przegryzanego bułką i sałatką jarzynową, nie wspominając o piciu barbarzyńskiego napoju chmielowego nalewanego tu z lubością do plastikowych butelek. Podobno nad gustami się nie dyskutuje, ale ja osobiście zwiedzanie rozpocząłem od znalezienia w Dolnym Mieście knajpy i jak się okazało była ona wielce stosowna. Odwiedzali ją miejscowi, więc stosunek jakości potraw do ich cen był bardzo przyzwoity – to się nazywa mieć nosa. Wracamy do autokaru idąc niespiesznie wzdłuż robiących wrażenie potężnych murów miejskich. Po skompletowaniu załogi ruszamy znaną już nam drogą nad wodospad Jägala juga, gdzie rozstawiamy namioty. Po raz kolejny zachowujemy się jak na dostojnych przybyszy z kraju o wysokiej kulturze i nie rozpalamy ogniska. Tym niemniej do spotkania wszystkich uczestników wyprawy dochodzi przy blasku lampki gazowej. Wszak trzeba ustalić porządek dnia jutrzejszego.
3 sierpnia, piątek Sprawnie pakujemy manatki i ruszamy na południowy-zachód. Przejeżdżamy przez liczne wioski i miasteczka estońskie kierując się do Parnawy, gdzie w ośrodku turystycznym odbieramy przyczepę z kajakami. Przy okazji zwiedzamy urokliwą okolicę, widoki z mostu na dolinę rzeki Parnawy są naprawdę interesujące. Szosą Via Baltica zmierzamy na południe wzdłuż wybrzeża, najpierw estońskiego, potem łotewskiego. Od czasu do czasu szosa zbliża się do morza, które widać zza drzew oddzielone od nas wąskim pasem piaszczystej plaży. Docieramy do kempingu Meleki, gdzie rozbijamy namioty. Jest tu kilka domków do wynajęcia, bar i trawiasty majdan. No i dostęp do piaszczystej plaży, co jest o tyle nietypowe, że zarówno patrząc w prawo, jak i w lewo, okoliczne plaże są kamieniste, pokryte tysiącami większych i mniejszych głazów. Na wysokim brzegu zbudowano kilka domków letniskowych. Właściciele mają piękny widok na plażę, klif i morze. Po południu wybieram się na spacer wzdłuż brzegu morza, kierując się na południe. Jest to teren parku krajobrazowego „Skaliste wybrzeże Vidzeme”, o czym świadczą odpowiednie tablice informacyjne. Urok całej okolicy polega na ogromnej liczbie głazów na plaży, jak też na ciągnących się wzdłuż brzegu urwiskach czyli klifie wysokości do 7 m. Idę cały czas granicą wody i piasku, aczkolwiek kamienie zmuszają mnie czasami do wchodzenia do wody lub wybierania wyżej położonej ścieżki. Robię przy tym kilka ciekawych zdjęć. Mijam skały Rankulrags, potem ujście meandrującej rzeczki Kurlinupite. W oddali widać boję i latarnię w Kurmrags, ale nie mam już czasu aby dotrzeć tak daleko. Dochodzę do grot w klifie Zivtinu. Jest ich kilkanaście, niektóre mają kilka metrów głębokości. Ciekawostką jest fakt, że liczący dzisiaj ponad kilometr klif utworzył się tak naprawdę dopiero w wyniku niszczących sztormów w styczniu 2005 r. Wcześniej długość klifu wynosiła zaledwie 160 m. I w tym przypadku sprawdziło się porzekadło, że „co nagle to po diable”. Od ośmiu lat przymierzałem się do odwiedzenia tego miejsca i jakoś tak nie wychodziło, a tu proszę – natura stworzyła coś jeszcze bardziej imponującego w piaskowcach dewońskich, które spotkać można na Łotwie nad rzekami spływowymi: Gaują, Amatą, Braslą, Vaidavą, Abavą, Windawą, Rują i Salacą oraz w Estonii nad Võhandu, Ahją, Piusą i Małą Emą (Väike Emajõgi). Wracam dróżką nad klifem, przechodząc przez zacienione polanki, gdzie rozbitych jest wiele namiotów. To teren prywatnego kempingu Mantini, gdzie ceny noclegu w namiocie są niewygórowane, a atrakcją jest dostępność sanitariatów, łazienki, no i zejście na plażę po drewnianych schodach. Docieram do naszego kempingu już po zachodzie słońca. Na dzisiejszy wieczór zaplanowaliśmy uroczyste pożegnanie, więc idzie w ruch gitara, z rąk do rąk krążą kolorowe płyny miejscowej proweniencji opakowane w gustowne butelki i często wymawiane jest szwedzkie słowo skul – nauczyliśmy się czegoś przez trzy tygodnie. Okazuje się, że gorąca atmosfera sprawiła, że i nasz gość, fiński Szwed poprosił o gitarę i udowodnił, że umiejętność udatnego wydobywania akordów z gitary i uciesznych melodyjnych słów z gardła nie jest mu obca. Szwedzi wrócą z nami jutro przez Rygę do Warszawy i stamtąd dopiero udadzą się do Lund. Na ogół się tego nie wie, ale język szwedzki ma więcej samogłosek niż polski, co być może ma wpływ na umuzykalnienie tej nacji – procentowy udział śpiewaków operowych wśród całej szwedzkiej populacji należy podobno do jednego z największych na świecie.
9 sierpnia, sobota Dzień się budzi słoneczny, gorący. Zbieramy się błyskawicznie i ruszamy na podbój Rygi, Parkujemy jak zwykle na parkingu pod zamkiem na bulwarze naddźwińskim. Ruszamy wieloma drogami na zwiedzanie Rygi, każdy swoją i JK również. Wszak to jego jedenasty już pobyt w tym uroczym mieście. Starówkę znam już dosyć dobrze, kierujemy się więc poza obręb dawnych murów miejskich, przekraczamy fosę średniowiecznego miasta. Po rozebraniu zabudowań twierdzy ryskiej urządzono w tym miejscu park miejski. Nasyciwszy oczy widokiem świeżej zieleni i błękitu wody zalewu po którym dostojnie poruszają się rowery wodne i łódki, docieramy do dzielnicy secesyjnych kamienic. A jest co podziwiać, bo ta część miasta to prawdziwa perełka secesji na skalę światową. Niespiesznie idziemy przed siebie w skwarze, kierując się tradycyjnie ku halom zeppelinowskim, gdzie znajduje się ogromny targ z wyrobami mięsnymi, mlecznymi i zbożowymi. Zaopatrzeni w lokalne specjały, które wcale nie są takie tanie, wracamy do autokaru. Pora ruszać w nocną podróż powrotną do Polski. Rano już znajdziemy się w Warszawie. |
|
||
|